Michał Misztal: listopada 2015

poniedziałek, 23 listopada 2015

#1414 - Donikąd (1198): Po ucieczce

Brak komentarzy:

Donikąd - komiksowy dziennik prowadzony od 13 sierpnia 2012 roku | Archiwum: [od początku] | [2012] | [2013] | [2014] | 2015 [styczeń] [luty] [marzec] [kwiecień] [maj] [czerwiec] [lipiec] [sierpień] [wrzesień] [październik] [listopad]

#1413 - Metody Marnowania Czasu #68: Gry, które ledwo pamiętam

Brak komentarzy:

Kilka lat temu (ze cztery) wpadłem na pomysł napisania krótkiego tekstu o planszówkach, których już nie mam, ale które kiedyś posiadałem albo w które miałem okazję grać. To właśnie ten tekst. Wszystko, co się w nim znalazło, to efekt grzebania w mojej pamięci, więc nie oburzajcie się, jeśli w którymkolwiek opisie traficie na coś niezgodnego z prawdą. Zapraszam do świata gier w rozwalających się, naprawianych taśmą klejącą opakowaniach i żetonów do samodzielnego wycięcia, trzymanych w pudełkach od zapałek albo po filmie fotograficznym.

WAMPIR [Sfera]

Na kupienie mi wydanego przez Sferę Wampira namówiłem rodziców dlatego, że bardzo podobała mi się okładka tej gry. Nie wiem, ile miałem wtedy lat - osiem? Dziewięć? Może nawet jeszcze mniej, bo wydaje mi się, że miałem tę planszówkę wcześniej niż Magiczny Miecz. Pamiętam, że Wampir kosztował osiemdziesiąt albo sto tysięcy złotych i czekał na mnie w dziale z zabawkami w Klimczoku, miejscu, które (może nie licząc bibliotek, gdzie odnajdywałem sterty komiksów) na długo stało się moim ulubionym. A sama gra? Jako dziecku podobała mi się atmosfera horroru oraz ilustracje, ale rozgrywka nie należała do szczególnie ciekawych, nawet pomimo tego, że sam pomysł dawał radę: jeden gracz wcielał się w tytułowego krwiopijcę, reszta w ścigających go łowców. Gracze poruszali się po tych samych obszarach, ale na dwóch różnych planszach, przez co łowcy nie znali położenia swojego przeciwnika. Niby wszystko jak należy, ale przypominam sobie, że walki były nudne i mocno losowe. Z wielu powodów preferowałem swój ukochany Magiczny Miecz. Niedawno stwierdziłem, że może będąc gówniarzem grałem źle, bo na przykład nie rozumiałem części zasad, i kupiłem polską wersję Fury of Dracula (Wampira ze Sfery już dawno się pozbyłem), czyli planszówki, na której lata temu wzorowali się nasi rodzimi twórcy. Okazało się, że rozgrywka nadal nie należy do szczególnie ciekawych i Draculę spotkał ten sam los, co zakurzonego Wampira.

***
TROLL FOOTBALL [Sfera]

I znowu Sfera, tym razem nie na poważnie. Troll Football to (nie)sportowe zmagania drużyn takich jak właśnie trolle, gobliny, orki, kościotrupy, elfy, krasnoludy i tak dalej. W wersji podstawowej tępe rzucanie piłką, w wersji rozszerzonej każda grupa miała swoje unikalne cechy. Żeby było zabawniej, zawodnicy mogli się nawzajem faulować lub nawet zabijać, śmierć mogła też czekać zawodnika w wyniku przypadkowego trafienia piłką w sędziego. Sfera zapewniła typowe dla siebie podstawki pod kartoniki z wizerunkami postaci, tym razem (ze względu na liczbę "sportowców") w ilości hurtowej. Pamiętam, że lubiłem tę grę, ale jakoś nie graliśmy w nią bardzo często. Pograłbym teraz, ale niestety już nie mam jak. Czy gra Blood Bowl to pierwowzór Troll Football? Czy jest lepsza? Nie wiem. Jeśli ktoś wie i ma ochotę, niech da znać.

***
GWIEZDNY KUPIEC [Encore]

Gra kupiona, jakżeby inaczej, w Klimczoku. Zainteresowała mnie kosmiczna otoczka, bo większość planszówek, w które wtedy grałem, należało do gatunku fantasy. Gwiezdny Kupiec okazał się być grą ekonomiczną, której nie potrafiłem zrozumieć jako dziewięciolatek w 1995 roku, kiedy trafiła w moje ręce, a potem już nigdy nie chciało mi się do niej wracać. Z tego powodu nie jestem pewny, czy zagrałem w nią chociaż jeden raz. Tak jak z Troll Football - pograłbym teraz, ale sprzedałem, a teraz patrzę na Allegro i widzę zestaw (co prawda nówka sztuka, z niewypchniętymi żetonami) za 120zł, więc myślę, że podziękuję. Szkoda, bo wydawała się ciekawa: statki kosmiczne, różne rodzaje towarów, agenci, popyt, podaż, kilka planet, korporacje, budowa magazynów, sabotaże... pamiętam też kartkę z miejscami na osiągnięcia i dane, którą uzupełniało się w trakcie rozgrywki. Kartkę należało samodzielnie powielić (coś raczej nie do pomyślenia w dzisiejszych planszówkach), więc widniało na niej zezwolenie na dorobienie własnych egzemplarzy. Zabrałem kiedyś Gwiezdnego Kupca na szkolną świetlicę (nie wiem po co, bo przecież nie po to, by zagrać). W tornistrze do pudełka wpadły moje kanapki, więc instrukcja pokryła się tłustymi plamami. Na początku instrukcji można było znaleźć opowiadanie science fiction, w którym pojawiło się nawet słowo "skurwysyn", przez co miałem poczucie obcowania z owocem zakazanym.

***
ODKRYWCY NOWYCH ŚWIATÓW [Encore]

Kolejna "kosmiczna" gra, tym razem dla jednej osoby. Ustalało się czas ekspedycji, a potem w drogę na jedną z dostępnych na planszy planet, odkrywać nowe miejsca i gatunki, a czasem też ginąć. Może źle pamiętam, ale chyba miało się drużynę, gdzie każdy pełnił jakąś funkcję, a dodatkowo sprzęt taki jak pojazdy czy broń, a w późniejszej fazie rozgrywki technologię obcych. Było to połączenie planszówki z grą paragrafową. Teraz, kiedy już jej nie mam, kojarzy się bardzo miło ze starymi historiami science fiction. Znowu napiszę, że po latach bardzo chętnie wróciłbym do tej pozycji. Jest tak z większością opisywanych tu gier, ale myślę, że to raczej sentyment; gdybym teraz rozłożył Odkrywców na stole, mogłoby się okazać, że to jednak nic ciekawego. Kiedyś był taki wieloletni etap, że nie miałem z kim grać w planszówki (dlatego pozbyłem się znacznej części tego, co posiadałem), ale w samotne podróżowanie po planetach mogłem bawić się zawsze, a mimo to jakoś nie chciałem. Kto wie, jak byłoby dzisiaj?

***
CELTYCKIE MIECZE [No1 Novina]

Taka tam strategia fantasy, w której można było walczyć oddziałami wojsk albo bronić się w twierdzach budowanych na obszarach z lasami oraz przemieszczać się po morzu za pomocą statków. Jako dzieciaki nie ogarnialiśmy systemu walki. Wymyśliliśmy jakiś swój, uproszczony, ale gra (może właśnie z powodu tych uproszczeń) była nudna. Myślę, że przez całe życie nie zagrałem w nią zbyt wiele razy. Dla odmiany nie napiszę, że chętnie bym do niej wrócił, chyba, że pełne zrozumienie instrukcji pomogłoby coś z niej wycisnąć.

***
BITWA POD AUSTERLITZ [No1 Novina]

Wyobraźcie to sobie: cały czas mam te osiem-dziesięć lat i namawiam rodziców do kupienia mi, oczywiście w Klimczoku, historycznej strategii. W domu otwieram pudło, a tam plansza z tysiącami (albo ilością, która dziecku wydawała się tysiącami) heksów i kolejne tysiące żetonów, a do tego dziesiątki reguł. Nie jestem pewny, ale ze względu na odzwierciedlenie realiów tytułowej bitwy chyba należało umieszczać te żetony na konkretnych, dokładnie opisanych w instrukcji heksach. Nigdy nie chciało nam się tego robić. Parę razy rozłożyłem tę grę z kolegami, pooglądaliśmy elementy w pudełku, ale nigdy w nią nie zagraliśmy. W Klimczoku znajdowało się jeszcze kilka podobnych gier, ale kto chciałby się za to zabierać, mając obok magiczne miecze czy statki kosmiczne? Myślę, że już nigdy w życiu nie zagrałbym w takie coś, nawet teraz, kiedy prawdopodobnie byłbym w stanie zrozumieć zasady.

***
INNE

Nie będę rozpisywał się o Eurobusinessie, bo chyba każdy w to grał. My graliśmy w pierwszych latach podstawówki na szkolnej świetlicy i, jak okazało się po ponad dwóch dekadach, nigdy nie graliśmy tak, jak należało (nikt nigdy nie przeczytał instrukcji, grało się tak, jak mówili koledzy). Zagranie tak, jak należało, jakoś nie sprawiło, że planszówka stała się lepsza. Na tej samej świetlicy były jeszcze Zysk i Kapitał, ale prawie nie pamiętam tych gier. Wydaje mi się, że Kapitał miał fajną planszę, żetony i możliwości awansowania w firmie, oczywiście fajne z perspektywy zdaje się siedmiolatka, kiedy nie przeszkadzały takie mankamenty jak na przykład losowość. Coś jeszcze? Robin Hood ze Sfery! Wyglądał dobrze, ale nudził. Chodziło chyba o zdobycie jakichś mieczy (Robin Hood i miecze?), dało się zastawiać pułapki na planszy, ale wszystko to nudziło - albo byliśmy za bardzo pod wpływem naszego wspaniałego Magicznego Miecza (gdzie po wejściu na większość obszarów ciągnęło się kartę zdarzenia, przez co każda rozgrywka była inna, choć losowa do granic możliwości) i nie przemawiała do nas plansza, na której nie dało się za wiele zrobić, albo... albo to faktycznie była słaba gra. Na koniec ostatnia rzecz, którą pamiętam z tamtych lat, czyli Srebrna flota wydawnictwa No1 Novina. Miał ją kolega i przyniósł ją na świetlicę jeden jedyny raz. Gra robiła wrażenie z powodu wielu statków, które chyba najpierw trzeba było samodzielnie złożyć. Kolega wyjaśniał zasady na bieżąco, nie wiem, czy dobrze, a poza tym i tak niczego z nich nie pamiętam. W tę planszówkę BARDZO chciałbym zagrać. Może kiedyś.

Ze sklepowej półki kojarzę jeszcze takie gry jak Moce Albionu, Diabelski Krąg, W imieniu Ziemi, Bitwa na polach Pelennoru czy Wojna o Pierścień, ale nigdy nie udało mi się w nie zagrać, nie mówiąc o wielu innych planszówkach z tamtych lat, które mnie ominęły. Może kiedyś nadrobię zaległości, tylko pytanie, czy w przypadku części z nich w ogóle warto?

niedziela, 22 listopada 2015

#1412 - Donikąd (1197): Brak ambicji?

Brak komentarzy:

Donikąd - komiksowy dziennik prowadzony od 13 sierpnia 2012 roku | Archiwum: [od początku] | [2012] | [2013] | [2014] | 2015 [styczeń] [luty] [marzec] [kwiecień] [maj] [czerwiec] [lipiec] [sierpień] [wrzesień] [październik] [listopad]

#1411 - Metody Marnowania Czasu #67: Toshiro

Brak komentarzy:

Choć Janusz Pawlak, swego czasu tworzący pod pseudonimem Clarence Weatherspoon, pojawiał się na łamach słynnego "Produktu" pośród bardzo wielu mocnych nazwisk, jestem pewny, że przez spore grono czytelników to właśnie on będzie wymieniany w czołówce związanych z magazynem autorów. I trudno byłoby znaleźć argumenty świadczące o tym, że nie zasłużył na taką pozycję. Kto pamięta Produkt, musi pamiętać też serię Josephine oraz nieodżałowane do dzisiaj 9 mm. Później były jeszcze albumy i występy w zinach, ale w końcu Clarence zniknął na długie lata, pozornie już na stałe, by powrócić z Toshiro, mechanicznym samurajem, którego przygody wydaje w Stanach Zjednoczonych Dark Horse. Czy jest to powrót w wielkim stylu? [całość na stronie Gildii Komiksu]

czwartek, 19 listopada 2015

#1408 - Donikąd (1194): Magda kocha/Magda oszalała

Brak komentarzy:

Donikąd - komiksowy dziennik prowadzony od 13 sierpnia 2012 roku | Archiwum: [od początku] | [2012] | [2013] | [2014] | 2015 [styczeń] [luty] [marzec] [kwiecień] [maj] [czerwiec] [lipiec] [sierpień] [wrzesień] [październik] [listopad]

#1407 - Metody Marnowania Czasu #66 - Ołtsajders: Reaktywacja i Ołtsajders: Chrzest ognia

Brak komentarzy:

Oczami wyobraźni widzę ludzi, którzy po przeczytaniu kilku stron jakiejść części Ołtsajdersów Pawła Gierczaka z niesmakiem odłożą ten komiks na półkę, nazywając go wulgarnym i skrajnie chamskim. Nie będą pozbawieni racji. Stan słownictwa bohaterów opowieści Gierka rzeczywiście jest opłakany, zaś sami bohaterowie zajmują się przede wszystkim waleniem w kocioł. Takie tam osiedlowe historie zaprezentowane bez jakichkolwiek hamulców czy finezji. Czy w ogóle warto je czytać? [całość na stronie Gildii Komiksu]

poniedziałek, 16 listopada 2015

#1404 - Donikąd (1191): Powolny upadek

Brak komentarzy:

Donikąd - komiksowy dziennik prowadzony od 13 sierpnia 2012 roku | Archiwum: [od początku] | [2012] | [2013] | [2014] | 2015 [styczeń] [luty] [marzec] [kwiecień] [maj] [czerwiec] [lipiec] [sierpień] [wrzesień] [październik] [listopad]

#1403 - Metody Marnowania Czasu #65: Legendary: Dark City Expansion

Brak komentarzy:

Trochę ponad rok temu pisałem o Legendary, że dobre, ale... i te główne ale potrafiły całkiem nieźle mnie od tej gry odstraszyć. Prawdę mówiąc, dość długo biłem się z myślami, czy jej nie sprzedać, ale dzięki mojej Magdzie (która bardzo polubiła tę karciankę) zostawiłem wielkie pudło z bohaterami Marvela na półce. Głównymi zarzutami wobec podstawki były: zbyt mała różnorodność, jeśli chodzi o ilustracje oraz (dużo większy problem) to, że cała rozgrywka jest zbyt łatwa. Mimo to graliśmy i graliśmy, aż w końcu zacząłem powoli przekonywać się do kupienia dodatku. Trochę ponad rok temu Legendary po prostu była i od czasu do czasu się w nią grało, teraz, między innymi dzięki rozszerzeniu Dark City, Legendary zajmuje szóste miejsce na liście moich ulubionych gier.

Co my tu mamy? Lepszym pytaniem byłoby właściwie: czego tu nie mamy? Dark City zawiera 350 kart, czyli (po odjęciu tych, które muszą uczestniczyć w każdej grze, takich jak rany czy agenci S.H.I.E.L.D.) więcej niż w zestawie podstawowym, a wśród nich: 17 nowych bohaterów (i każdy z nich wreszcie ma po kilka różnych ilustracji), 5 misji, 5 Mastermindów, 6 grup złoczyńców i porcję nowej mechaniki. Wiecie już, że problem wyglądu kart został rozwiązany. A jak z poziomem trudności? Znani z gry podstawowej główni przeciwnicy są teraz mniej groźni od niektórych zwykłych łotrów z Dark City. Nie jest już tak lekko, łatwo i przyjemnie, trzeba więcej kombinować, a i radocha ze zwycięstwa jest potem dużo większa. Dokładnie tego brakowało tej grze. Co prawda stare karty nadal wyglądają, jak wyglądały, a taki Red Skull chyba już nigdy nie zostanie Mastermindem (bić go to trochę tak, jak bić małe dziecko), za to takie osobistości jak Apocalypse potrafią skutecznie wbijać w glebę naszych bohaterów.

Czyli mamy naprawione wcześniejsze wady, masę nowych bohaterów (takich jak choćby Daredevil, Professor X, Punisher, Ghost Rider, Cable czy Blade) i całe tony dodatkowej rozrywki. A nowa mechanika? To na przykład „Bribe” – przeciwników z tym słowem-kluczem na karcie można pokonywać zarówno za pomocą siły, jak i punktów rekrutacji (lub łącząc oba te parametry). Poprzedzające cyfrę słowo „Versatile” pozwala wybrać, czy zwiększymy sobie siłę, czy punty rekrutacji. „Teleport” umożliwia zachowanie danej karty na później (i zwiększenie liczby kart na ręce) zamiast zagrywania jej od razu w obecnym ruchu.

Czas na krótkie podsumowanie: to jeden z najlepszych dodatków do gier, jakie widziałem. Nie dość, że zmienia Legendary z karcianki dobrej w świetną i naprawia jej wady, to jeszcze zawiera więcej dobra, niż wersja podstawowa. Co prawda oba pudła to już naprawdę spory wydatek, ale jeśli decydujecie się na zakup, bierzcie podstawkę od razu z Dark City. Epickość gwarantowana.

sobota, 14 listopada 2015

#1401 - Donikąd (1189): Spacery czasem się przydają

Brak komentarzy:

Donikąd - komiksowy dziennik prowadzony od 13 sierpnia 2012 roku | Archiwum: [od początku] | [2012] | [2013] | [2014] | 2015 [styczeń] [luty] [marzec] [kwiecień] [maj] [czerwiec] [lipiec] [sierpień] [wrzesień] [październik] [listopad]

#1400 - Metody Marnowania Czasu #64: Co tam czytam? [3] (Tomie, tom 2; Fables #150; Locke & Key; The Names; Profanum #4)

Brak komentarzy:

Wracamy do jednego z moich starszych pomysłów. Co tam czytam? to efekt chęci podzielenia się z Wami wrażeniami z lektury komiksów, niekoniecznie w formie pełnoprawnych recenzji. Kilka mniej lub bardziej entuzjastycznych, napisanych na szybko zdań, czasem o jednej pozycji, czasem o kilku naraz, o serii, albumie lub o pojedynczym zeszycie. Taki jest plan.

Tomie, tom 2

Kontynuacja Tomie to nadal wysoki poziom, ale poza tym trzeba też przyznać, że nie za bardzo jest się nad czym rozwodzić, bo to po prostu więcej tego samego. I dobrze. Różnica jest taka, że tym razem nie dostajemy początków autora jako ilustratora, za to Junji Ito już od pierwszych stron rysuje tak, jak należy. Jest jak zwykle strasznie, makabrycznie i groteskowo, do czego czytelnicy horrorów dentysty-komiksiarza powinni być przyzwyczajeni. W głównej bohaterce tego albumu interesujące jest to, że choć historie o niej są w dużym stopniu powtarzalne i przewidywalne, scenariusze ani trochę nie nudzą. Mniej więcej wiadomo, co będzie się działo, ale mimo to mangową cegiełkę czyta się z nieustającym zaciekawieniem. Odnosi się też wrażenie, że ze swoją pomysłowością twórca mógłby tak bez końca. Teraz czekam na obdarzony intrygującą okładką album Souichi i jego głupie klątwy. Jak na razie rozczarowałem się tylko Reminą, więc zakładam, że Junji Ito po raz kolejny mnie nie zawiedzie.

Fables #150

O serii Fables pisałem na blogu Komiksofilia kilkukrotnie i z biegiem lat przechodziłem od niepohamowanego entuzjazmu przez spory sceptycyzm, aż do umiarkowanego zadowolenia. Niedawno przeczytałem 150, ostatni zeszyt Baśni. Cholera. Nie wiem, co napisać. Z jednej strony już od dawna nie darzyłem tego cyklu taką sympatią, jak na początku, i czytałem go właściwie tylko z przyzwyczajenia i z ciekawości, jak to wszystko się skończy. Z drugiej, tyle odcinków to również masa wspomnień, od wątków zawartych w kadrach do takich sytuacji, jak poznanie tej serii, kiedy byłem w Stanach, czy spacery po pracy w celu kupienia kolejnego tomu w nieistniejącym już sklepie komiksowym u mnie w mieście. I dziesiątki bohaterów, do których niejeden czytelnik, czy chciał, czy nie chciał, zdążył się przez te wszystkie lata przyzwyczaić. I choć finał to właściwie żadna rewelacja (może poza okładką), tak jak sporo wcześniejszych epizodów, całość będzie przeze mnie bardzo dobrze wspominana. W marcu 2009 napisałem: "Jeśli chodzi o mnie, serial Fables mógłby trwać wiecznie, o ile tylko Willinghamowi nie skończą się dobre pomysły". Teraz napiszę, że Baśnie to idealny przykład na to, że trzeba wiedzieć, kiedy skończyć. Ten komiks mógł być WIELKI, niestety moim zdaniem do autorów nie dotarło, że co za dużo, to niezdrowo. Co nie zmienia faktu, że do pewnego momentu to lektura obowiązkowa i jedna z lepszych pozycji "nowego", już-nie-tak-bardzo-kwasowego Vertigo.

Locke & Key

Z początku narzekałem, że co to za horror z tak cukierkowymi rysunkami, ale historia o kluczach, zamkach i demonach wydawała się ciekawa, zaś kreska Rodrigueza powoli przestawała przeszkadzać. Potem seria rozkręciła się na całego i pomniejsze wady zeszły na dalszy plan. Tym, dla których (tak jak dla mnie, a to z powodu braku znajomości czegokolwiek, co napisał Joe Hill) scenarzysta Locke & Key był tylko synem Stephena Kinga, cykl otwiera oczy i każe wypatrywać kolejnych komiksów i być może również książek tego autora. Świetnie skonstruowana opowieść, wiarygodni bohaterowie z umiejętnie rozbudowanymi charakterami, kilka zwrotów akcji, które naprawdę coś znaczą i nie polegają jedynie na tym, że ktoś miał być dobry, a tak naprawdę okazał się zły i jeszcze wiele innych fantastycznych rzeczy. Po czasie ilustracje już wcale nie drażniły - owszem, do samego końca miałem niewielkie obiekcje, ale generalnie trzeba Rodriguezowi przyznać, że mimo wszystko pasuje do horroru, który jest horrorem pełną gębą i trzyma w napięciu niemal do finalnego zeszytu. Teraz do przeczytania pozostały mi jedynie Guide to the Known Keys i Grindhouse. Jest mi naprawdę przykro, że lektura serii już właściwie za mną. Oby więcej takich komiksów!

Inne rzeczy, o których miałem napisać, tyle że odkładałem pisanie zbyt długo, by teraz chciało mi się wystukiwać na klawiaturze dłuższe teksty, ale o których z drugiej strony warto choćby wspomnieć, to The Names Petera Milligana, który chyba (obym się nie mylił) wraca do formy i Profanum (kilka miesięcy temu pojawił się czwarty tom). Obie rzeczy zdecydowanie warte uwagi. Milligan to może kwestia dyskusyjna, jednak uwielbiam tego scenarzystę i nie potrafię być obiektywny. Jak zwykle są tu problemy z tożsamością, wykręcone postacie i wiele typowych dla tego autora, jednocześnie wciąż oryginalnych pomysłów. Czytać The Names. Z kolei Profanum to magazyn, w którym nie ma tego, na co zawsze narzekam w magazynach, czyli krótkich opowieści, które chwilę po lekturze wylatują na zawsze z głowy. Każdy numer to kilka historii mogących równie dobrze być odrębnymi, pełnoprawnymi zeszytami lub nawet albumami, a to wszystko za śmieszne pieniądze. Czytać Profanum.

#1399 - Donikąd (1188): Konkretny staż

Brak komentarzy:

Donikąd - komiksowy dziennik prowadzony od 13 sierpnia 2012 roku | Archiwum: [od początku] | [2012] | [2013] | [2014] | 2015 [styczeń] [luty] [marzec] [kwiecień] [maj] [czerwiec] [lipiec] [sierpień] [wrzesień] [październik] [listopad]

poniedziałek, 9 listopada 2015

#1394 - Metody Marnowania Czasu #63: Czarnobyl - Strefa

Brak komentarzy:

Ostatnio Centrala jakby przycichła. Kiedyś co chwilę rozpływałem się nad wieloma wydawanymi przez nich komiksami – teraz i publikacji mniej, a i rozpływanie się nie ma miejsca zbyt często. Wciąż bardzo cenię to wydawnictwo, ale nie da się ukryć, że już nie tak, jak dawniej. Może w takim razie spróbujmy to naprawić i sięgnijmy po Czarnobyl? [całość na stronie Gildii Komiksu]

#1393 - Donikąd (1183): Rozmowy z ludźmi, część 3

Brak komentarzy:

Donikąd - komiksowy dziennik prowadzony od 13 sierpnia 2012 roku | Archiwum: [od początku] | [2012] | [2013] | [2014] | 2015 [styczeń] [luty] [marzec] [kwiecień] [maj] [czerwiec] [lipiec] [sierpień] [wrzesień] [październik] [listopad]

Najpopularniejsze wpisy