Michał Misztal: sierpnia 2012

czwartek, 30 sierpnia 2012

środa, 29 sierpnia 2012

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

niedziela, 26 sierpnia 2012

#112 - Donikąd: Czytam, piszę, marnuję czas

Brak komentarzy:

Donikąd - komiksowy dziennik prowadzony od 13 sierpnia 2012 | Archiwum: [początek] | 2012 [sierpień]

#111 - Metody Marnowania Czasu #18: Rage of Mages

1 komentarz:

Pamiętam entuzjastyczną recenzję tej gry w jednym z numerów CD-Action z 1998 roku oraz jej demo, po którym od razu chciałem zagrać w pełną wersję. Nie miałem pojęcia, skąd ją wziąć (a tym bardziej, skąd wziąć na nią pieniądze), ale w międzyczasie w kioskach pojawiło się Cool Games, czasopismo z dodaną do niego drugą częścią Rage of Mages, którą kupiłem dzięki książkom sprzedanym na szkolnym kiermaszu. Ostatecznie nigdy nie ukończyłem kontynuacji, mijały lata i nawet nie chciało mi się do niej wracać, jednak jakiś czas temu przypomniałem sobie o tej serii oraz pomyślałem, że w czasach Allegro znalezienie jedynki nie powinno być większym problemem. Po paru miesiącach ktoś wreszcie wystawił tę grę za 20zł, dzięki czemu cofnąłem się w czasie do 1998 roku.

Rage of Mages to połączenie RTS i RPG. Wszystko wygląda jak w strategiach czasu rzeczywistego (przynajmniej tych z dawnych lat, nie mam pojęcia, jak wyglądają obecne), ale nie ma budynków, są tylko jednostki, które traktujemy już jak typową drużynę RPG - rozwijamy ich cechy, znajdujemy i kupujemy coraz lepszy sprzęt i tak dalej. A sensem gry jest właściwie tylko i wyłącznie masakrowanie kolejnych zastępów przeciwników. Nawet, jeśli celem jakiejś misji jest coś innego, na przykład odnalezienie artefaktu, żeby to zrobić, i tak trzeba przedrzeć się przez hordy wrogów i dojść tam po ich trupach. W drugiej części wygląda to trochę inaczej, pojawiają się zwroty akcji, jest bardziej zróżnicowanie, ale jedynka to po prostu masowe napierdalanie wszystkiego, co się rusza i chce zrobić nam krzywdę, a taki cel przyświeca większości żywych istot znajdujących się na każdej nowej mapie.

Tworząc początkowego bohatera mamy do wyboru dwie profesje, wojownika i maga. Na starcie nie ma większego wyboru, jeśli chodzi o dobieranie statystyk, rozwój następuje dopiero w trakcie gry. Postacie mają kilka głównych cech, jak na przykład siła, nie ulegających większym zmianom aż do końca (choć można dokonywać nieznacznych modyfikacji za pomocą magicznych przedmiotów). Bardziej rozwijamy cechy poboczne, takie jak walka mieczami, toporami oraz mnóstwem innej broni, a w przypadku magów umiejętność używania magii różnych żywiołów. Nie ma tu poziomów, zwiększanie tych cech zależy od częstotliwości używania danej broni lub rodzaju magii. Jeśli nasz wojownik będzie przez całą grę walczył jedynie mieczem, nie ma co liczyć na to, że da radę dobrze strzelać z łuku. Logiczne. W tego typu grach często denerwujące było to, że bohater przez cały czas używał topora, zaś po zdobyciu kolejnego poziomu inwestował otrzymane punkty na przykład w nowe zaklęcia. W Rage of Mages, jeśli chcemy nauczyć kogoś rzeczy, z którą nie miał wcześniej do czynienia, możemy odwiedzić szkołę w mieście i zapłacić za naukę. Też logiczne.

Miasto jest bazą wypadową, w której, oprócz odwiedzania szkoły (o ile jest ona komukolwiek potrzebna) można iść do karczmy, gdzie dostaje się kolejne zadania i werbuje najemników, gotowych za pieniądze pomóc naszej drużynie wykonać następną misję, oraz do sklepu, by sprzedać stosy odnalezionych (najczęściej wśród zwłok) przedmiotów i kupić nowe. Akurat ilość wyposażenia jest ogromną zaletą Rage of Mages. Praktycznie po każdej misji pojawia się coś nowszego i droższego, na początku trudno się w tym wszystkim zorientować. Taka sytuacja ma miejsce mniej więcej do 3/4 gry, kiedy znamy już niemal każdy rodzaj sprzętu i jesteśmy tak bogaci, że niczego nam nie brakuje. Wtedy kolejne misje robią się już trochę za łatwe. Na starcie jeden ogr jest w stanie pokonać całą drużynę paroma ciosami, później masakrujemy całe ich wioski, pozbawiając przeciwników takich ilości złota, że nawet nie mamy na co go wydać. Pamiętam, że druga część była pod tym względem o wiele trudniejsza, tam nigdy nie starczało pieniędzy i należało przez cały czas oszczędzać.

Same mapy wyglądają jak te w strategiach czasu rzeczywistego, w misjach, gdzie mamy do dyspozycji same jednostki, bez możliwości budowania. Wrogów jest wiele, od tych niedorzecznych, jak zmutowane wiewiórki, po gobliny, orki, trolle, ogry, smoki oraz ludzi. Każdy przeciwnik występuje w kilku mniej lub bardziej groźnych odmianach. Przy zastosowaniu odpowiednich strategii rozwałka nie jest specjalnie skomplikowana, choć zdarzają się potyczki, które udawało mi się wygrywać dopiero po kilkunastu próbach, kiedy byłem już porządnie sfrustrowany. Gracz nie ma obowiązku czyszczenia całej mapy, ale wiadomo, że to bardziej opłacalne działanie. Większa ilość walk to więcej złota, przedmiotów i szybsze zwiększanie umiejętności członków drużyny, także nawet jeśli już wykonało się cel misji, warto zostać na danym obszarze i wszystko przeszukać. A także wszystko zabić.

Po latach Rage of Mages to wciąż niezła gra, choć traktowałem ją wyłącznie jako rozluźniającą zabawę. Nie licząc kilku frustrujących walk, całość polega na tym, że idzie się przed siebie i dokonuje bezmyślnej masowej eksterminacji wrogów. Bez rewelacji, jednak na tyle sympatycznie, żebym jeszcze kiedyś zagrał i w końcu przeszedł drugą, o wiele trudniejszą część. Ale to później, na razie chcę trochę odpocząć od zostawiania za sobą stosów zwłok nieprzyjaciół.

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

#110 - Ścierwo #2

3 komentarze:

Istnienie drugiego Ścierwa stało się faktem. W środku znajdują się opowiadania i krótkie komiksy plus ilustracje Mei oraz Marty Nieznayu. Jeśli ktoś ma ochotę, niech pisze w komentarzach albo na scierwo.zin@gmail.com, tak jak wcześniej cena za jeden egzemplarz razem z przesyłką to 5zł, ewentualnie 3zł za każdy kolejny w zamówieniu.

sobota, 18 sierpnia 2012

niedziela, 12 sierpnia 2012

#103 - Ogólnie #5

2 komentarze:

13 (nieprzypadkowo w piątek) lipca zacząłem wrzucać tu swoje śmieszne komiksy, jutro mamy 13 sierpnia. Mija miesiąc. Ku mojemu zaskoczeniu jeszcze mi się nie odechciało. Ku mojemu jeszcze większemu zaskoczeniu nie przeczytałem ani nie usłyszałem ani jednej opinii o Donikąd oskarżającej mnie o to, że chyba w dupie mi się poprzewracało, skoro nie wstydzę się pokazywać publicznie takich bazgrołów i jeszcze w etykietach każdego wpisu zwalać to na nieistniejącego pięcioletniego brata. Nikt nie zapytał mnie, po co właściwie to robię, za to Maciek Pałka wrzucił jeden z pasków na Facebooka, dodając komentarz "Śmiech przez łzy", przez co, kiedy zobaczyłem to w pracy, prawie dostałem zawału, myśląc, że komentarz dotyczy moich nieudolnych rysunków i oto zaczęło się zasłużone szydzenie z mojej serii. Ale Maciek, były konsultant infolinii, na szczęście miał na myśli treść odcinka i zapewne wspomnienia, jakie wywołał. Jak to na Facebooku, poniżej od razu pojawiły się komentarze innych i nikt nie czepiał się tego, że przecież nie potrafię rysować. Ani trochę. Są osoby, które czegoś nie potrafią, ale uchodzi im to na sucho, a czasem nawet stanowi atut ich twórczości (na przykład Ol' Dirty Bastard, jeden z moich ulubionych raperów, który nigdy nie umiał śpiewać, jednak uwielbiałem, kiedy śpiewał). Raczej nie jestem jedną z takich osób, więc będę musiał się starać, zaś inni będą póki co musieli znosić moje przezabawne próby stania się lepszym rysownikiem.

O co w ogóle chodzi? Zawsze chciałem robić komiksy i, choć teraz pewnie trudno w to uwierzyć, pół życia temu potrafiłem tworzyć znośne kadry, ale później zupełnie mi się odechciało. Po latach moje umiejętności rysowania zmalały do zera. Mimo to trawiłem od dłuższego czasu pomysł własnego paska, pewnie głównie dzięki Fistaszkom, później dzięki lekturze PvP oraz komiksu American Elf. Ten ostatni, pomimo największego podobieństwa do mojego Donikąd, poznałem dobrze tak naprawdę już po narysowaniu kilku odcinków, przedtem kojarzyłem jedynie, że to komiksowy dziennik, czyli dokładnie to samo, co chciałbym robić. Autobiograficzna twórczość to, powoli się z tym godzę, chyba jedyne, na co mnie stać. Od samego początku wiedziałem, że jeśli się tym zajmę, będę musiał rysować Donikąd samodzielnie, bo nie ma twórcy z tak dobrym sercem, żeby przez 365 dni w roku siedział dla mnie nad kartką, ilustrując moje życie, tym samym odsuwając na bok własne pomysły. Niezrażony tym faktem, stwierdziłem, że podejdę do tego tak, jak Trondheim do tworzenia Lapinota: nie będę się niczym przejmował. Bo jeśli narysuję sto drzew, setne powinno wyglądać o wiele lepiej niż pierwsze. Przynajmniej w teorii.

Chyba chodzi mi o to, żeby jakoś usprawiedliwić fakt, że ośmieliłem się zaprezentować ludziom coś tak słabego, w każdym razie słabego graficznie. Ktoś mógłby mi powiedzieć, że powinienem bazgrać do szuflady, ćwiczyć przez rok albo dwa i dopiero pokazywać Donikąd światu. Pewnie, powinienem. Ale wtedy chyba nie miałbym większej motywacji. Miałbym świadomość, że jeśli nie będzie mi wychodziło, zawsze mogę wycofać się po cichu i nikt nie zauważy. Teraz, kiedy pokazałem już, co chcę zrobić, chcę też pokazać, że będę potrafił. Z treścią raczej nie będzie problemu (choć Mei napisała mi, że moje paski są "fajne" i, co mnie zaskoczyło, "smutne takie bardzo, dobijające, życiowe takie", a wcale nie towarzyszy mi chęć dobijania), wydaje mi się, że umiem pokazać jeden dzień ze swojego życia w przynajmniej trochę interesujący sposób. Problemem będą kadry. Mam nadzieję, że do czasu.

Mam też nadzieję, że udało mi się usprawiedliwić to, co robię, wystarczająco dobrze. Jeśli nie, trudno. Nadal będą się tu pojawiać informacje o moich opowiadaniach, teksty z cyklu Metody Marnowania Czasu i cała reszta (żeby nie zginęła w natłoku pasków, po prawej na dole zamieszczam linki do najnowszych dłuższych wpisów). Może należało założyć osobnego bloga w celu publikowania samych pasków, ale mam już dwa, czyli o jednego za dużo. Nie chciałoby mi się zajmować trzema naraz. Niech wszystko poza recenzjami komiksów będzie tu. Jeden pasek dziennie. Chociaż nie do końca, od jutra następuje mała zmiana. Te 31 odcinków, które pokazałem do tej pory, narysowałem ze sporym wyprzedzeniem, żeby sprawdzić, czy dam radę. Treść wcale nie dotyczyła danego dnia. Od jutra zaczynam to, czym Donikąd miało być od samego początku, czyli komiksowym dziennikiem. Jeden pasek na każdy dzień. I niekoniecznie jeden dziennie na blogu. Póki co nie mam stałego dostępu do skanera, więc może zdarzyć się tak, że na przykład nie będę publikował nic przez tydzień, a potem wrzucę 7 odcinków za jednym zamachem. Pewnie tak będzie. Pewnie też nieraz poczuję odruch wymiotny na samą myśl o nabazgraniu nowych kadrów, ale mam nadzieję, że nigdy nie stanie się to przykrym obowiązkiem. Jeśli tak, oleję to, a na razie zaciskam zęby i godzę się z tym, że nie umiem rysować, mając świadomość, że nie zmieni tego nic poza samym rysowaniem. Bez kręcenia nosem, że na razie nie wychodzi.

#102 - Donikąd [próbny miesiąc]: Propozycja

Brak komentarzy:

Donikąd | Archiwum: 2012 [lipiec] [sierpień] | [pierwszy odcinek]

Najpopularniejsze wpisy