Michał Misztal: lipca 2015
  • To the Moon - Jeśli chodzi o gry komputerowe, istnieją dla mnie właściwie wyłącznie przygodówki oraz RPG. Gram rzadko (dużo częściej w gry bez prądu), ale jeśli już gra...
    5 dni temu

środa, 29 lipca 2015

wtorek, 28 lipca 2015

sobota, 11 lipca 2015

#1263 - Metody Marnowania Czasu #54: Mr. Muthafuckin' eXquire - Kismet

Brak komentarzy:

Treat a ho like my wife, treat my wife like my bitch
Money don't change who you are, amplify the shit

Murzaj w przygłupiej czapce, ze złotą nakładką na zębach, obwieszony łańcuchami, który w wywiadzie mówi, że przed wyjściem z domu bardzo długo zastanawia się, co na siebie włożyć. Skrajnie wulgarne teksty, nawet jak na standardy przyjęte w tej muzyce ("Oni mówią do podkładu, a nie śpiewają? Przecież to nie muzyka!"), wyrażające fascynację chlaniem do nieprzytomności, obraźliwe dla kobiet i wyplute na mikrofon z manierą mogącą sugerować, że raperowi się nie chce i zamiast stać w kabinie, gada sobie te swoje prymitywne zwrotki pod nosem, leżąc na kanapie po drugiej stronie studia nagraniowego. Co może być interesującego w takim MC? No przecież wszystko, co właśnie o nim napisałem!


What nigga, what
I don't give a fuck
Runnin' 'round the club
Liquor spillin' out my cup
So what, yeah, I'm drunk
Pocket full of humps
Any nigga front, we gonna tear the fucker up
What nigga, what
I don't give a fuck
Stumblin' in the club
Liquor spillin' out my cup
So what, yeah, I'm drunk
Pocket full of humps
Any nigga front, we gonna tear the fucker up

Trafiłem na Kismet przypadkiem w wakacje 2013 roku i już od pierwszego numeru zatytułowanego The Cauldron wiedziałem, że nie przejdę obok tej płyty obojętnie. Teraz Mr. Muthafuckin' eXquire to nie mój ulubiony, ale zdecydowanie najczęściej słuchany przeze mnie raper. Nie bez powodu. Wszystko, co napisałem w pierwszym akapicie, jest prawdą, ale (jakby mało było zalet, co?) ten gość ma w sobie coś jeszcze. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak bardzo przypadł mi do gustu "nowy" raper oraz kiedy ostatnio słyszałem tak zadziwiającą, wiarygodną i spójną mieszankę niepoważnych tekstów o dziwkach i zaglądaniu do kieliszka z naprawdę mrocznymi, poważnymi przemyśleniami. Obie twarze twórcy nie wykluczają się, a zamiast tego wzajemnie uzupełniają. Chociaż fakt, że nie wiadomo do końca, co myśleć o raperze, który rzuca wersami takimi jak No food in my stomach and my pockets fucked up/Plus my mother still work so why should I give a fuck?/Fuck a blog, fuck a label, fuck a meeting, fuck an A&R/Fuck a co-sign, mothafucka fuck it all (to akurat nie z Kismet, ale nieważne), by po chwili rzucić czymś dużo głębszym (i nie nawiązuję tu do alkoholu), czasami wręcz poetyckim.


Forty ounces at the round table
Crown full of thorns made for some barbed wire cables
Thoughts sharp as bar darts aiming
The target is the money and ain't nobody gaming, nigga
Revolutionary thoughts, Fred Hampton speeches in my iPod
Can't walk a straight line, though I try hard
Conflicted as Flavor Flav, gaffled in the shameless game
Nine chains on my neck, you can weigh my pain

Gospodarz płyty brzmi szczerze nawet wtedy, gdy sam sobie zaprzecza. Przykładowo, kawałek Noble Drew Ali kończy słowami Can't sell records, too much complexity, ale zaraz potem Kismet przechodzi do utworu o jakże wiele mówiącym tytule I Was Drunk When I Wrote This, gdzie wspomnianej complexity jest, delikatnie mówiąc, niewiele. Ale nawet podobne rzeczy jak najbardziej mają tu rację bytu. Produkcja to w wielu wypadkach równie ważny atut albumu, co rapsy, choć o muzyce jak zwykle nie jestem w stanie rozpisać się tak bardzo, jak o słowach. Jasne, są słabsze momenty, kawałki, których słucham rzadziej, ale generalnie Kismet jest jedną z, umówmy się, dosyć niewielu rapowych płyt, które można puścić od początku do końca i nie przeskakiwać pomiędzy numerami.


Deals with Satan
The same shit I was avoiding
Became the same shit I turned around and deemed important
I need my soul
Badly eatin' at my sanity
My inner sanctum's being sacrificed for vanity
See, I'm forgettin' who I am
Or who I planned to be
And all my niggas ain't no help
They just as scared as me

Mr. Muthafuckin' eXquire to żaden tam ekspert od podwójnych rymów i tym podobnych technicznych sztuczek. Rapuje na wiele sposobów, pisze w większości niesamowite teksty, nie tylko na płycie Kismet. Po tym albumie wypuścił jeszcze kilka mniej ważnych rzeczy, ale ze smutkiem przyznaję, że po upływie dwóch lat i nie licząc pojedynczych kawałków, murzaj w przygłupiej czapce nie pokazał niczego szczególnie wartego uwagi (chyba, że coś przegapiłem). Mimo to wierzę w niego jak w mało którego rapera. I choćbym się rozczarował, na zawsze pozostaje właśnie Kismet...niby nie do końca pełnoprawna płyta, niby jedynie mixtape, niby ten pan jest niepoważny, ale to i tak jedna z najbardziej godnych zapamiętania rzeczy, jakie słyszałem w rapie. A słyszałem wiele. A jeśli się nie zgadzasz, squirting urine at my adversaries, dirty nail on my middle finger as it flail!!!

...że nie wspomnę o, jak dla mnie, okładce roku. 2013, zeszłego i tego, który mamy obecnie.


I kissed her on a chubby cheek, we fell in love in three days
I bit her bottom lip and bled, I licked the blood off her face
Digital watch with no time on it, it's my time
Her naked body, have my mind on it
My naked mind fucked the soul that we ain't never touch
Her ass wasn't even fat, she had a flat butt but she was cold as fuck
Curly Medusa, I'm sprung, somewhat freezing up
We opened the wound at least she cut, but I don't give a fuck
Formless immortal, flashbacks in the puddle like a portal
Girls sayin' I'm dark skinned, so I wasn't cute
Ignorance is gravity, Shangri-La was found, but God gaffled me
And strapped me to the ground, I'm on my damn knees
Usurped then inertia, I'm drunk, now I'm rambling
But if you sat and think that shit apart, it all would make sense
Tomcat and Jerry, mouse will chase you 'round the house
You ran in your hole, I follow right behind you when I dug you out
These bitches don't deserve me, these niggas don't deserve you
Ain't into the esoteric shit but you could be my Oshun
Hot air balloon, you think I gassed you, it's natural
Your smile's still on my face, your aura's floating 'round my room


Still lost as Holden Caulfield, The Catcher in the Rye
Skull fuck her, smut, nuttin' try to catch her in the eye
Big belly still take my shirt off like Nelly
Rasta pasta for Footprints buy liquor out the deli and shit
My pops negligence done made me rebellious
Arrested Development the rest is irrelevant
Fuck a throne watch the project bench covered in pigeon shit
This for my nigga Los 'til we see him again
Stretch a nigga like a regular tee from the outlet
Hidin' my rhyme book from the grammaton clerics
Mishka bear, obnoxious as Roger Klotz
I plot as the clock tick tocks to make the world suck my cock
Validated in every wrong decision I ever did
My ex girlfriend thought I wouldn’t ever be shit
Well looky here bitch my dick grew 6 inches since then
Will I make it out the projects? I guess it depends, huzzah, bitch!

środa, 8 lipca 2015

#1260 - Donikąd (1060): Podejrzane

Brak komentarzy:

Donikąd - komiksowy dziennik prowadzony od 13 sierpnia 2012 roku | Archiwum: [od początku] | [2012] | [2013] | [2014] | 2015 [styczeń] [luty] [marzec] [kwiecień] [maj] [czerwiec] [lipiec]

#1259 - Metody Marnowania Czasu #53: Fatale: Diabelski interes

Brak komentarzy:

Seria „Fatale” wydawana w Polsce przez Muchę wreszcie powróciła wraz z drugim tomem zatytułowanym „Diabelski interes”. Wreszcie, choć muszę przyznać, że po ukazaniu się pierwszej części trochę przysnąłem. W międzyczasie zdążyłem przeczytać sporo komiksów i prawie zapomniałem, jak dobrą rzecz zaserwowali czytelnikom Ed Brubaker i Sean Phillips. [całość na stronie Alei Komiksu]

#1258 - Donikąd (1059): Poznajmy się lepiej, część 15

Brak komentarzy:

Donikąd - komiksowy dziennik prowadzony od 13 sierpnia 2012 roku | Archiwum: [od początku] | [2012] | [2013] | [2014] | 2015 [styczeń] [luty] [marzec] [kwiecień] [maj] [czerwiec] [lipiec]

wtorek, 7 lipca 2015

#1257 - Metody Marnowania Czasu #52: Kryzys tożsamości

Brak komentarzy:

Plejada bohaterów i łotrów ubranych w dziwne kostiumy; autor książkowych thrillerów, który czasami „bawi się” w komiksowego scenarzystę; ostatnia strona okładki zawierająca entuzjastyczne fragmenty recenzji; wstęp sugerujący, że po lekturze albumu, który trzymam w rękach, nic już nie będzie takie samo plus logo Nowego DC – co najmniej kilka z tych czynników może nie zachęcać do sięgnięcia po „Kryzys tożsamości” Brada Meltzera i Ragsa Moralesa, w najlepszym wypadku dając do zrozumienia, że lepiej podchodzić do tego dzieła ostrożnie, by później się nie rozczarować. Czy w tym przypadku obawy były zasadne? [całość w najnowszym numerze ArtPapieru]

#1256 - Donikąd (1058): Upały

Brak komentarzy:

Donikąd - komiksowy dziennik prowadzony od 13 sierpnia 2012 roku | Archiwum: [od początku] | [2012] | [2013] | [2014] | 2015 [styczeń] [luty] [marzec] [kwiecień] [maj] [czerwiec] [lipiec]

poniedziałek, 6 lipca 2015

czwartek, 2 lipca 2015

#1251 - Metody Marnowania Czasu #51: Co tam czytam? [2] /Przypadek pana Marka/

Brak komentarzy:

Wracamy do jednego z moich starszych pomysłów. Co tam czytam? to efekt chęci podzielenia się z Wami wrażeniami z lektury komiksów, niekoniecznie w formie pełnoprawnych recenzji. Kilka mniej lub bardziej entuzjastycznych, napisanych na szybko zdań, czasem o jednej pozycji, czasem o kilku naraz, o serii, albumie lub o pojedynczym zeszycie. Taki jest plan.

Oczy mi się cieszą, kiedy widzę taką kreskę, a ręka od razu sięga do portfela. Nie potrafię tego wyjaśnić. Bardzo lubię minimalizm, nieraz udowadniający, że mniej naprawdę znaczy więcej. I nie interesuje mnie, że to, co w Przypadku pana Marka narysował Jan Mazur, na podobnym poziomie narysować mógłby ptawie każdy. Kupiłem i nie żałuję. To nie jest oczywiście komiks roku, ale sprawnie napisana, ciekawa, również minimalistyczna historia. I czy wspominałem coś o niezaprzeczalnym uroku tego rodzaju kreski? W wydanym przez Timofa niewielkim zeszycie wszystko gra, wszystko jest jak należy. Mam takie odczucie, że z powodu wyrzucenia wszelkich niepotrzebnych elementów nie ma tutaj nawet nad czym się rozpisywać. I choć nie ma też co porównywać Przypadku pana Marka do Goliata Toma Gaulda, po lekturze obu komiksów pozostaje bardzo podobna refleksja: ani jednego zbędnego słowa, ani jednej zbędnej kreski. Ciekawi mnie, czy autorowi wyszło to naturalnie, czy rzeczywiście musiał wyciąć kilka scen albo korciło go, żeby dodać coś więcej. Nawet jeśli tak, nie musiał. Polecam. Tuptuptup, szur szur.

Najpopularniejsze wpisy