Michał Misztal: marca 2012
  • To the Moon - Jeśli chodzi o gry komputerowe, istnieją dla mnie właściwie wyłącznie przygodówki oraz RPG. Gram rzadko (dużo częściej w gry bez prądu), ale jeśli już gra...
    1 tydzień temu

sobota, 24 marca 2012

#62 - 1 zine #3

2 komentarze:

Ukazał się trzeci numer 1 zine, w którym wyjątkowo nie ma nic ode mnie. Mam nadzieję, że po raz pierwszy i ostatni. Jakoś nie byłem w stanie wpaść na cokolwiek pasującego do tematu "jeden szczegół, który w decydującym momencie zmienił wszystko". Nic na siłę, a tymczasem zabieram się za przejrzenie zawartości numeru.

czwartek, 15 marca 2012

#61 - Ścierwo z Białegostoku

3 komentarze:

W 35-36 numerze Ha!art, poświęconemu zinom i amerykańskiemu undergroundowi, można poczytać między innymi o Deus ex Machina i Kofeinie, czyli o magazynach, z którymi mam przyjemność w ten czy inny sposób współpracować, oraz, co cieszy mnie najbardziej, o Ścierwie. Jest ilustracja, przedruk okładki, a z krótkiego wywiadu przeprowadzonego z Mei dowiecie się, że zin powstał w Białymstoku. Jestem zadowolony i rozbawiony, czego chcieć więcej.

sobota, 10 marca 2012

#60 - Metody Marnowania Czasu #10: Tajemnicze Złote Miasta

9 komentarzy:

Nie wiem, ilu z Was ma wspomnienia podobne do moich, ale Tajemnicze Złote Miasta są najlepszą kreskówką, jaką oglądałem w dzieciństwie. Miałem wtedy jakieś pięć albo sześć lat i wydawało mi się, że serial ciągnie się przez pół mojego życia. Tak naprawdę całość to 39 odcinków, w tamtych latach puszczanych raz na tydzień przez TVP2, czyli wyemitowanie wszystkiego zajęło mniej więcej dziesięć miesięcy. Dla pięciolatka rzeczywiście kawał czasu. Kiedy obejrzałem jakiś epizod, nie mogłem doczekać się następnego, ale trzeba było wytrzymać do kolejnego poniedziałku. Wszystko lądowało na kasetach VHS, a potem katowałem ten serial w kółko, nawet mimo tego, że po kilku takich powtórkach i tak znałem go prawie na pamięć. Tak bardzo go lubiłem. Nawet w ciągu paru ostatnich tygodni, kiedy odświeżałem sobie Tajemnicze Złote Miasta po kilkunastu latach przerwy, pamiętałem bardzo wiele. I znowu świetnie się bawiłem.

Głównym bohaterem Tajemniczych Złotych Miast jest Esteban, dwunastolatek mieszkający w Barcelonie w roku 1532. Kiedy umiera ojciec Rodriguez, opiekun chłopca, Esteban postanawia dołączyć do nawigatora Mendozy i wyruszyć za ocean razem z innymi Hiszpanami poszukującymi Złotych Miast. Nie interesują go bogactwa, chce tylko znaleźć ojca, który zaginął lata temu. Plany Mendozy wyglądają inaczej, zależy mu jedynie na złocie. Kiedyś to właśnie on uratował małego Estebana z tonącego statku, odbierając go z rąk ojca chłopca, który mimo wszystko być może zdołał przeżyć. Mendozie udaje się przekonać Estebana do podróży, obiecując mu możliwość odnalezienia ojca, jednak bardziej obchodzi go noszony przez głównego bohatera złoty medalion z symbolem słońca, zdaniem nawigatora mający jakiś związek ze Złotymi Miastami. Na pokładzie statku Esteban spotyka Zię, inkaską dziewczynę porwaną przez Hiszpanów. Zia nosi na szyi niemal identyczny medalion i ma mimowolnie pomóc swoim porywaczom w odnalezienie celu ich wyprawy.

Pobyt na statku oraz liczne kłopoty, jakie spotkają tam bohaterów, to dopiero początek tej wielowątkowej kreskówki. W kolejnych odcinkach dzieci (do których w międzyczasie dołącza Tao, jedyny żyjący potomek imperium Hiva) razem z Mendozą i jego dwoma przygłupimi towarzyszami (robiącymi w Tajemniczych Złotych Miastach za nie zawsze udane źródło humoru) przeżywają mnóstwo innych przygód. Przez całkowicie fikcyjne wątki przewijają się historyczne miejsca i postacie, na przykład Francisco Pizarro, a z czasem do typowo przygodowej fabuły zaczynają wkraczać elementy science fiction. Najważniejszym jest dziedzictwo zaawansowanego technologicznie, wspomnianego już imperium Hiva i jego wynalazki, do swojego działania wykorzystujące przede wszystkim energię słoneczną. To właśnie przywódca imperium, przewidując jego zagładę w wojnie totalnej z mieszkańcami Atlantydy, zbudował siedem Złotych Miast i ukrył w nich skarby, które mają możliwość polepszenia życia całej ludzkości, ale gdyby dostały się w niepowołane ręce, mogłyby doprowadzić do następnej katastrofy.

Kolejnym elementem science fiction jest plemię Olmeków. Oczywiście Olmekowie istnieli naprawdę, ale nie byli zmutowanymi ludźmi ocalałymi po wielkiej wojnie (prawdopodobnie tej samej, która zniszczyła imperium Hiva), ukrywającymi się we wnętrzu wielkiej góry i podtrzymującymi życie większości członków swojego plemienia za pomocą komór hibernacyjnych. Olmekowie potrzebują dzieci, aby wszczepić uśpionym członkom swojego plemienia młode, zdrowe komórki, a następnie przywrócić ich do życia. Oprócz tego poszukują skarbu znajdującego się we wnętrzu Złotych Miast, ponieważ jedynie on dostarczy im energię pozwalającą pracować całej aparaturze znajdującej się w ich bazie. Sami Olmekowie, wyglądający jak niedobitki ludzkości po wojnie nuklearnej, to jedna z najlepszych rzeczy w całej kreskówce. Pamiętam, że jako dziecko bałem się ich, przerażał mnie cały ten pomysł z hibernacją, porwaniem Estebana i jego przyjaciół, przeszczepianiem komórek i tak dalej (przerażał mnie też odcinek o Amazonkach i składaniu ofiar z ludzi, żeby bogowie zapobiegli opadom deszczu). Lubiłem się tego bać. Po latach Olmekowie pozostali po prostu świetnym elementem Tajemniczych Złotych Miast, zresztą jednym z wielu.

Serial jest długi, całości towarzyszą świetne motywy muzyczne, które pamiętałbym do dzisiaj, nawet gdybym nie obejrzał wszystkich odcinków po raz kolejny. Można tu znaleźć masę dobrych pomysłów i postaci. Tajemnicze Złote Miasta, poza paroma wyjątkami (jakby nie było, kreskówka jest skierowana przede wszystkim do dzieci), poruszają poważne tematy. Bywa zabawnie, ale pojawia się też śmierć i inne mniej śmieszne motywy, na całe szczęście przedstawione w taki sposób, że nie ma tu żadnej przesady, a jednocześnie nic nie jest ugrzecznione i nikt nie robi z najmłodszych widzów idiotów. Po każdym odcinku można obejrzeć kilkuminutowy film dokumentalny związany z tematyką poruszaną w kreskówce.

W moim przypadku Tajemnicze Złote Miasta to mnóstwo sentymentu, jednak nawet po tych mniej więcej dwudziestu latach jestem zachwycony. Mimo wszystko serial nie jest pozbawiony wad, które zauważyłem teraz, choć wcześniej z oczywistych powodów nie zwracałem na nie uwagi. Na przykład niemal wszyscy bohaterowie nigdy nie zmieniają ubrań, od początku do końca chodzą w tym samym, choć ich podróż trwa bardzo długo. To, co noszą, jest cały czas w idealnym stanie. Nie wiem, pewnie w 1532 roku wszystko było lepsze i nie ma w tym nic niezwykłego. A tak poważnie, to akurat mała wada, raczej zabawna. Dużo większą jest wywołująca pogardliwy uśmieszek dobroć najmłodszych bohaterów. Esteban, Zia i Tao, gówniarze, przez cały serial są dobrzy do wyrzygania, nigdy nie mają żadnych wątpliwości, zawsze postępują słusznie, za każdym razem są gotowi do wielkich poświęceń. Nie muszę podkreślać, jakie to naiwne. Poza tym są też mądrzy, swoją mądrością i pomysłowością przewyższają wodzów plemion, kapłanów, doświadczonych przywódców armii, właściwie wszystkich. Przypominam, Esteban ma dwanaście lat, Zia jedenaście. Nie zwróciłem uwagi na wiek Tao, który jest z nich najlepszy. Radzi sobie z każdym problemem, na poczekaniu potrafi skonstruować łódź podwodną i wiele innych przydatnych rzeczy, co momentami wygląda idiotycznie. Wielka była mądrość imperium Hiva.

W całym serialu wszystko kręci się wokół trojga dzieci, pod koniec inni pozwalają im nawet podejmować decyzje, od których zależą losy całego świata. Kiedy miałem siedem lat, bohaterowie byli starsi ode mnie, więc wszystko to wydawało mi się możliwe, ale teraz jest naiwne i głupie. No i ten dziwny zbieg okoliczności, który sprawił, że zgodnie z przepowiednią wszyscy mający wykonać swoje zadanie znaleźli się na miejscu w tym samym czasie. Poza tym Olmekowie potrzebują komórek dzieci. W porządku. W okolicznych wioskach Majów jest mnóstwo dzieci, ale przywódca Olmeków zachowuje się tak, jakby jego ludzi mogły uratować jedynie komórki głównych bohaterów. Niby dlaczego?

Tak naprawdę trochę się czepiam, nie ma żadnego problemu z przymknięciem oka na te wady. Tajemnicze Złote Miasta to nadal świetna kreskówka i mimo upływu lat nadal uważam ją za najlepszą, jaką widziałem, nie tylko w dzieciństwie, ale w ogóle. Z tego, co wiem, jeszcze w tym roku, po trzydziestu latach, ma pojawić się ciąg dalszy. Czekam i chętnie zobaczę nowe odcinki, ale przypuszczam, że i tak nic nie przebije tych starych. Całość, wydaną na sześciu płytach DVD, można bez większego problemu znaleźć na internetowych aukcjach. Warto sprawdzić, nieważne, czy ktoś jeszcze nie widział Tajemniczych Złotych Miast, czy, tak jak ja, jedynie powraca do czasów, kiedy był dzieckiem.

Najpopularniejsze wpisy