Michał Misztal: listopada 2012

piątek, 30 listopada 2012

wtorek, 27 listopada 2012

poniedziałek, 26 listopada 2012

sobota, 24 listopada 2012

czwartek, 22 listopada 2012

#218 - Donikąd: Wstawanie z łóżka

Brak komentarzy:

Donikąd - komiksowy dziennik prowadzony od 13 sierpnia 2012 | Archiwum: [początek] | 2012 [sierpień] [wrzesień] [październik] [listopad]

#217 - Metody Marnowania Czasu #23: Runaway 2: The Dream of the Turtle

1 komentarz:

Pod koniec sierpnia postanowiłem pograć w jedną z do tej pory nieruszonych przeze mnie przygodówek. Padło na The Dig, ale z jakiegoś powodu niemal od razu odechciało mi się przy tym siedzieć, więc szukałem dalej. W końcu włączyłem drugą część gry Runaway (o pierwszej pisałem tutaj) i, swoim tempem, po kilkanaście minut dziennie (czasami z przerwami na dłużej niż tydzień) bawiłem się w rozwiązywanie kolejnych zagadek. I muszę przyznać, że bawiłem się dobrze, chociaż twórcy wcale nie usunęli z kontynuacji denerwujących mnie wad poprzedniej części.

Grafika uległa nieznacznej poprawie, ciągle stoi na wysokim poziomie, zwłaszcza jeśli chodzi o krajobrazy. Twarze bohaterów oraz animacja na szczęście przestały mnie drażnić, bo wcześniej miałem z tym spory problem. Brian, w serii Runaway postać najważniejsza, już nie jest grzecznym studentem fizyki, ale o wiele bardziej pewnym siebie gościem z nową, cwaniacką fryzurą. Jak się okazuje, znowu musi ratować Ginę, która, niestety, nadal nie dostała od autorów ciekawej osobowości. Właściwie nie dostała jakiejkolwiek osobowości. Tym razem jest kimś jeszcze bardziej nieobecnym niż w poprzedniej części. Inne postacie występujące w The Dream of the Turtle (sporo nowych, ale mamy też kilka powrotów), w przeciwieństwie do A Road Adventure zwykle nie denerwują aż tak bardzo. W kilku kwestiach jest więc poprawa, chociaż trudno tu pisać o znaczących zmianach.

Dobrze, że poprawie uległa też najważniejsza rzecz w każdej przygodówce, czyli zagadki. Są bardziej interesujące i kombinowanie, jak je rozwiązać, sprawiło mi większą przyjemność niż wcześniej. Niestety, gra nadal jest liniowa do bólu, wciąż nie można wykonać pewnych logicznych czynności, jeśli najpierw nie zrobiło się czegoś udowadniającego Brianowi, że to dobry pomysł. Przez to spędzony przy Runaway czas niepotrzebnie się przedłuża, zaś poziom trudności jest w dalszym ciągu sztucznie podnoszony. Mimo wszystko i tak jest bardzo dobrze. The Dream of the Turtle może nie zasługuje na miano arcydzieła gatunku, jednak osoby lubiące przygodówki nie powinny żałować spędzonego nad przechodzeniem kolejnych rozdziałów czasu.

O ile w poprzedniej części fabuła była raczej realistyczna, zaś elementy fantastyki naukowej dodano głównie dla jaj, tutaj w pewnej chwili dostajemy już stuprocentowe science fiction (aczkolwiek nadal z humorem), ze statkami kosmicznymi, nowoczesną technologią i całą resztą. Nie spodziewałem się tego, ale dla mnie może być. Całość została zrobiona na wysokim poziomie, przygodówka wciąga i jest zabawna. Inaczej niż w A Road Adventure, nie ma w niej zakończenia danego wątku, w finale dostajemy napis ciąg dalszy nastąpi. Czyli, żeby wreszcie uratować Ginę, trzeba zagrać w trzecią część, której póki co nie mam, więc, usatysfakcjonowany kontynuacją, odkładam to na bliżej nieokreśloną przyszłość.

środa, 21 listopada 2012

wtorek, 20 listopada 2012

#215 - Donikąd: Sto

Brak komentarzy:

Donikąd - komiksowy dziennik prowadzony od 13 sierpnia 2012 | Archiwum: [początek] | 2012 [sierpień] [wrzesień] [październik] [listopad]

#214 - Metody Marnowania Czasu #22: Nowe odcinki Tajemniczych Złotych Miast

6 komentarzy:

Ciągle trudno mi uwierzyć, że przed chwilą obejrzałem pierwszy odcinek nowej serii Tajemniczych Złotych Miast, po trzydziestu latach od wyemitowania pierwszej części, dwie dekady po tym, jak zakochałem się w tej kreskówce jeszcze za czasów przedszkola. No i wreszcie jest. Nie powiem, żebym oczekiwał dalszego ciągu z wielką niecierpliwością (wspominałem o nim już wcześniej, ale później zupełnie wyleciało mi to z głowy), jednak skoro dotarły do mnie informacje o tym, że się pojawił, nie mogłem go przegapić. W końcu to mój ulubiony animowany serial i chyba już nic nie zdoła tego zmienić.

Rewelacji nie oczekiwałem, wiedząc, że na pewno nie uda się przebić wrażenia, jakie zrobiły na mnie Tajemnicze Złote Miasta, kiedy byłem dzieckiem. Jak jest? Inaczej i jednocześnie tak samo. Nowa historia zaczyna się kilka miesięcy po zakończeniu wątków znanych z pierwszej serii. Szukając kolejnych Złotych Miast, Esteban, Zia i Tao natrafiają na mapę prowadzącą do jednego z nich, ale do jej rozszyfrowania potrzebują Mendozy, poza tym Esteban chciałby dowiedzieć się od swojego dawnego towarzysza, czy Wielki Kapłan znany widzom z poprzednich odcinków rzeczywiście był jego ojcem. Okazuje się jednak, że Mendoza, Sancho i Pedro wcale nie cieszą się ze zdobytych wcześniej bogactw. Uwięzieni w Barcelonie przez chodzącego w zakrywającym twarz kapturze człowieka o imieniu Zares, przypuszczają, że nie uda im się odzyskać wolności, dopóki nie wyjawią mu wszystkiego, co wiedzą o kolejnych Złotych Miastach. Dzieci, jak zawsze pomysłowe i przejmujące inicjatywę, postanawiają uwolnić ich na własną rękę i tak zaczyna się nowa przygoda.

Animacja jest oczywiście lepsza niż trzy dekady temu, natomiast niekoniecznie przemawiają do mnie przerobione wizerunki głównych bohaterów. Jest nowocześniej, ale nie wiem, czy korzystniej. Wolałbym, żeby wszystko, co jest z nimi związane, zostało po staremu, ale zdaję sobie sprawę, że skoro po raz pierwszy obejrzałem tę kreskówkę dwadzieścia lat wcześniej, teraz przemawiam z perspektywy starego dziada, narzekającego, że "kiedyś było lepiej". Po pierwszym epizodzie nowej serii coś mi zgrzyta, kiedy patrzę na znane mi twarze (zwłaszcza na Tao), ale mam nadzieję, że się przyzwyczaję. Reszta, czyli wszystko, co jest nowe, wypada jak najbardziej na plus. Jeśli chodzi o muzykę, nowe motywy nie mają takiej siły oddziaływania, jak te wcześniejsze (choć czasami nawiązują do starych), jednak tu też poczekam na kolejne odcinki, osłucham się, może dam radę się przekonać. Póki co i tak jest bardzo dobrze.

Moje narzekania i tak wynikają głównie z przyzwyczajenia do starej wersji, ale prawda jest taka, że oglądając początek dalszego ciągu świetnie się bawiłem i cieszę się, że jest. Podobno mają pojawić się trzy nowe serie, każda składająca się z 26 epizodów. Zobaczymy. Oby wyszło z tego coś dobrego, czekam też na wersję angielską, bo słuchanie francuskich dialogów z polskimi napisami nie jest moim wymarzonym sposobem na oglądanie Tajemniczych Złotych Miast. Jeśli ktoś chce obejrzeć pierwszy odcinek drugiej serii, zapraszam tutaj.

poniedziałek, 19 listopada 2012

niedziela, 18 listopada 2012

#212 - Donikąd: Mam co robić

Brak komentarzy:

Donikąd - komiksowy dziennik prowadzony od 13 sierpnia 2012 | Archiwum: [początek] | 2012 [sierpień] [wrzesień] [październik] [listopad]

#211 - Metody Marnowania Czasu #21: Brother Ali - Mourning in America and Dreaming in Color

Brak komentarzy:

Byłem spokojny o ten album i, jak się okazało, rzeczywiście nie było się o co martwić. Brother Ali nie wygląda na jednego z tych raperów, którzy mieliby oszaleć, obrócić się o 180 stopni, po czym nagle zacząć nagrywać numery o imprezach, złotych łańcuchach i dziwkach, a Jake One, zastępujący Anta na stanowisku producenta, zrobił swoją, bardzo dobrą muzykę, jednocześnie wcale nie odbiegając od atmosfery panującej na wcześniejszych płytach albinosa. Z jednej strony można więc powiedzieć, że na Mourning in America and Dreaming in Color nie ma cudów ani wielkich niespodzianek, a z drugiej, trudno byłoby przeskoczyć swoje poprzednie dokonania w taki sposób, żeby je zdyskredytować. Brother Ali nagrywał za dobre rzeczy, by tak się stało. Po prostu dał nam kolejny bardzo udany album.

Mourning in America and Dreaming in Color to czternaście utworów. Pamiętam, że kiedy słuchałem Us, poprzedniej płyty tego rapera, początkowo czułem się trochę zawiedziony panującym w sporej ilości numerów spokojem, woląc Brothera Ali w nieco bardziej drapieżnym wydaniu. Tak było po kilkukrotnym przesłuchaniu całości, ale później wszystko zaczęło mi się podobać o wiele bardziej, a teraz, trzy lata później, mogę powiedzieć, że nadal słucham właściwie wszystkich utworów z Us i wcale nie mam tu na myśli włączenia sobie jednego czy dwóch kawałków z tamtej płyty raz na kilka miesięcy.

Muzycznie najnowsza płyta Brothera Ali to także najczęściej spokój, ale już wyleczyłem się z moich wątpliwości, choć i tak najbardziej podobają mi się Mourning in America i Gather Round, chyba najmocniejsze numery na całym albumie. Co nie zmienia faktu, że album jest świetny jako całość. Mam go już od ponad miesiąca i ciągle nie mogę się uwolnić od znajdujących się na płycie melodii. Co chwilę przypomina mi się jakiś wers albo dźwięk, przez moment zastanawiam się, co właściwie nucę pod nosem, a po chwili wszystko jest jasne: Brother Ali, Mourning in America and Dreaming in Color. I pewnie potrwa to jeszcze bardzo długo.

Co do samego rapu, nie jest już tak spokojnie. Główny bohater płyty ma do powiedzenia wiele gorzkich słów, zarzutów i smutnych wersów, choćby o samobójstwie ojca czy o nowych, do tej pory nieznanym słuchaczom powodach, dla których rozstał się z żoną. Pamiętając numer Fresh Air z Us, gdzie wydawało się, że wszystko jest już dobrze, można się zdziwić, słuchając kilku wersów ze Stop The Press, z których wynika coś zupełnie odwrotnego. Na szczęście nie zabrakło też humoru (choćby w Need a Knot, opowieści o kilku poprzednich pracach Brothera Ali) ani optymizmu, a w każdym utworze tkwi dusza, jak zawsze u tego rapera. Czuje się, że żyje tym, o czym opowiada, zaś przekazanie potężnego ładunku emocjonalnego odbiorcom nie sprawia mu większych trudności. Nie przeszkadza mi też fakt, że zdarza mu się brzmieć jak przemawiający do tłumu kaznodzieja, bo jest to kaznodzieja z głową na karku.

Chyba najmocniej dostaje się Stanom Zjednoczonym. Bardzo mocno, ale nie bezmyślnie. Brother Ali nie ma podejścia "jebać wszystko, wszystko jest źle". To raczej: I used to think I hated this place/Couldn't wait to tell the president straight to his face/But lately I changed, nowadays I embrace it all/Beautiful ideals and amazing flaws. Raper nie tylko krytykuje, ale także stara się zrozumieć pewne sprawy, próbuje dostrzec również dobre strony w rzeczach, które mu nie odpowiadają. I nawet pozornie przesadzone osądy, jak wers It’s a very thin line between a soldier and a terrorist, są takie tylko jeżeli wyrwie się je z kontekstu. Można się z Brotherem Ali nie zgadzać, powinno się doceniać jego rozsądek i chęć zauważania czegoś więcej niż jedna strona danego zjawiska. They say they built our nation for a reason/Then they stained it with the bleeding of the slaves that never seen it/I ain’t hating I still want to believe it/And I’m not trying to leave it I just call it how I see it.

Brother Ali kontynuuje to, co rozpoczął wcześniej, i cały czas robi to w wielkim stylu. Mourning in America and Dreaming in Color to kolejna świetna pozycja w jego zaskakująco równej i pełnej konsekwencji dyskografii. Dokładnie to, czego się spodziewałem. Piękne teksty, brzmienie, Jake One udowadniający, że albinos potrafi stworzyć rewelacyjny duet nie tylko z Antem. Chyba nie mogło być lepiej.

sobota, 17 listopada 2012

poniedziałek, 12 listopada 2012

piątek, 9 listopada 2012

czwartek, 8 listopada 2012

środa, 7 listopada 2012

#200 - Wyspa 3/2012, a w środku "Domokrążcy"

5 komentarzy:

Widząc jakiś czas temu opublikowane w kwartalniku literackim Wyspa rysunki Marty Nieznayu i Mei, stwierdziłem, że może poślę im swoje opowiadania. Śmiem twierdzić, że razem z dziewczynami nadajemy na podobnych, nieestetycznych falach, więc doszedłem do wniosku, że warto spróbować. Najpierw czekałem dość długo na odpowiedź, potem, jakoś w lutym, kiedy cała sprawa zdążyła mi już wylecieć z głowy, przeczytałem, że jest szansa na publikację opowiadania Domokrążcy, ale Wyspa nie zamieszcza tak długich tekstów, także musiałbym go przeredagować. Zrobiłem to, przesłałem poprawioną wersję i znowu czekałem. Zapomniałem o wszystkim po raz kolejny, mijały miesiące, aż nadszedł lipiec i dostałem kolejnego maila: "Pana tekst pt. Domokrążcy został zakwalifikowany do druku w numerze 3/2012". Autorski egzemplarz numeru 3/2012 dotarł do mnie wczoraj i bardzo się z tego cieszę. Nie, inaczej, bardziej prostacko, ale co mi tam: CIESZĘ SIĘ W CHUJ.

Były już ziny, był już papier, ale publikacja w magazynie literackim (tak wiele ich zdechło, tak mało ich dziś na rynku, tak mało ludzi czyta cokolwiek poza jednozdaniowymi wpisami znajomych z Facebooka) to dla mnie nowe i zajebiście przyjemne doświadczenie. Zdążyłem akurat na ostatnie (tak mi się przynajmniej wydaje) chwile życia drukowanej prasy i być może na jedną z ostatnich takich okazji. Mam nadzieję, że nie ostatnią dla mnie. Ma się rozumieć, że, choć publikacja opowiadania mimo wszystko nie jest sama w sobie niczym wielkim (to nie te czasy, o których pisał choćby Vonnegut we wstępie do Tabakiery z Bagombo, kiedy ludzie naprawdę czytali, a druk opowiadania w magazynie literackim naprawdę był CZYMŚ), dla mnie to silny motywacyjny kopniak z półobrotu i ogromna satysfakcja. I choć wiem o publikacji Domokrążców od lipca, dopiero wczoraj, po wyjęciu najnowszej Wyspy z koperty, dotarło do mnie, że mogę powiedzieć: jestem publikowanym pisarzem. Nie sam przez siebie, nie (przy całym szacunku) w zinach znajomych. Inaczej, lepiej. Na pewno lepiej. I co z tego, że to jedynie sukces w mikroskali?

PS. Nie zamieszczam skanu okładki, tylko moje kiepskie, rozmazane zdjęcie. "Oficjalnego" skanu nie mam. Nie znalazłem. Albo czegoś nie rozumiem, albo czegoś nie zauważyłem, ale aktualności na stronie Wyspy chyba nie są zbyt często aktualizowane. Najnowsza mówi o numerze 1/2012, na temat reszty cisza. Może źle patrzyłem, nie wiem.

#199 - Donikąd: Król

Brak komentarzy:

Donikąd - komiksowy dziennik prowadzony od 13 sierpnia 2012 | Archiwum: [początek] | 2012 [sierpień] [wrzesień] [październik] [listopad]

wtorek, 6 listopada 2012

#198 - Donikąd: Jestem publikowanym pisarzem

Brak komentarzy:

Donikąd - komiksowy dziennik prowadzony od 13 sierpnia 2012 | Archiwum: [początek] | 2012 [sierpień] [wrzesień] [październik] [listopad]

#197 - 1 zine #4

Brak komentarzy:

Jakiś czas temu Marta zrobiła czwarty numer 1 zine, w którym znalazło się moje opowiadanie Jak pożegnałem się z edukacją. Do pobrania stąd. Po czasie jestem średnio zadowolony z tego, co napisałem, zostawiłbym najwyżej parę fragmentów. Oczywiście sam fakt pojawienia się mojego tekstu w zinie Marty to już inna sprawa, z tego cieszę się bardzo i, jak zwykle, mam nadzieję, że uda mi się coś zrobić (coś lepszego) także do następnego numeru.

poniedziałek, 5 listopada 2012

niedziela, 4 listopada 2012

#195 - Donikąd: Nic się nie działo, więc leżę i myślę o głupotach

Brak komentarzy:

Donikąd - komiksowy dziennik prowadzony od 13 sierpnia 2012 | Archiwum: [początek] | 2012 [sierpień] [wrzesień] [październik] [listopad]

#194 - Wyznanie

Brak komentarzy:

W piątek 26 października siedziałem na drugiej zmianie w pracy, nie mając pomysłu na nowy odcinek Donikąd. Po chwili pomyślałem, że przecież kilka miejsc dalej siedzi Paweł Koller, czyli ktoś, kto, w przeciwieństwie do mnie, potrafi rysować. Poprosiłem go, żeby gościnnie zajął się paskiem, tak jak wcześniej prosiłem o to Maćka Pałkę i Mei. Paweł stwierdził, że tak na szybko to nie, ale za jakiś czas coś mi prześle. W efekcie kolejny odcinek narysowałem sam (ten z brodą), a po paru dniach Paweł przesłał mi widoczny powyżej pasek Wyznanie, którym wzruszył mnie prawie do łez. Dobrze, może przesadziłem, ale tylko trochę. Naprawdę bardzo mnie to ucieszyło.

sobota, 3 listopada 2012

piątek, 2 listopada 2012

#192 - Kofeina #8

2 komentarze:

"Do zobaczenia w Kofeinie #8", napisałem w grudniu zeszłego roku. Cóż, trochę to trwało, ale ósmy numer jest już dostępny na issuu, a w nim komiksy i teksty o komiksach. Kolejnych numerów podobno nie będzie. Szkoda, nawet pomimo sporego przegięcia ze składaniem ósemki (na litość boską, redakcja dostała ode mnie materiały na początku marca), które sprawiło, że już nie wierzyłem w to, że cokolwiek z tego będzie. Autorzy, od jakich dostałem prace, chyba też nie. Z początku wypytywali, co i jak, czemu tak długo, ale ostatecznie zamilkli. I tak nie wiedziałem, co im odpisywać. Sam wypytywałem redakcję, ale, nie uzyskawszy żadnych konkretnych odpowiedzi ani terminów, też zamilkłem. A tu proszę, numer powstał, o czym informuję z kilkutygodniowym poślizgiem spowodowanym brakiem czasu i ciągłym odkładaniem napisania tego na później. Przynajmniej nie zwlekałem przez kilka miesięcy. Z samych efektów mojej współpracy z Kofeiną jestem zadowolony, wydaje mi się, że autorzy komiksów i tekstów z moją naprawdę minimalną pomocą zrobili coś ciekawego i powinni mieć powody do zadowolenia. Podziękowania dla nich i dla redakcji.

#191 - Uczę się żyć, część 1 [sprawdzanie temperatury]

Brak komentarzy:

Donikąd - komiksowy dziennik prowadzony od 13 sierpnia 2012 | Archiwum: [początek] | 2012 [sierpień] [wrzesień] [październik] [listopad]

Najpopularniejsze wpisy