Michał Misztal: czerwca 2015

piątek, 26 czerwca 2015

czwartek, 25 czerwca 2015

poniedziałek, 22 czerwca 2015

czwartek, 18 czerwca 2015

sobota, 13 czerwca 2015

#1231 - Metody Marnowania Czasu #50: Lost Girls [archiwum recenzji]

Brak komentarzy:

[recenzja napisana w listopadzie 2009]

Pisanie o niektórych komiksach nie należy do przyjemności, a Lost Girls należy właśnie do tych bardzo trudnych tytułów. Po pierwsze dlatego, że Alan Moore to wariat (przez jakiś czas często podlinkowywano ten tekst, więc też tak zrobię - Alan Moore to wariat), a po drugie mamy do czynienia z czymś niezwykle specyficznym. Z jednej strony można określić tę opowieść jako przemyślane dzieło geniusza, ze wszystkimi typowymi dla tego scenarzysty smaczkami oraz doskonałym dopasowaniem elementów, które w odpowiednim miejscu zaczynają współgrać w sposób całkowicie zaskakujący czytelnika. Niby dla każdego, kto naprawdę skupi się na lekturze zamiast oglądać specyficzne sceny, będzie wiadomo, że jest to celowa zabawa konwencją, w pewnych momentach posuwająca się nie tylko do delikatnego prowokowania odbiorcy, ale wręcz wystawiające jego poczucie dobrego smaku na ciężką próbę. Nie można odmówić Lost Girls wartości literackiej lub przynajmniej miana niezwykłej i wciągającej opowieści (niekoniecznie i na pewno nie wyłącznie dzięki tym elementom), ale należy też pamiętać o tej drugiej stronie, przez którą pisanie o wspólnym dziele Moore'a i Melindy Gebbie sprawia tyle trudności... Druga strona wygląda tak, że czytelnik musi nastawić się na historię, w której sperma i śluz leją się strumieniami, waginy i penisy (zarówno prawdziwe jak i sztuczne) występują w ilościach hurtowych, a jeśli na kimś nie robi to wielkiego wrażenia (w końcu musiał być jakiś powód, dla którego komiks zasłużył na określenie pornograficzny), mamy też takie dodatki jak zwierzęta (bynajmniej nie stojące spokojnie w tle), mocz, kazirodztwo, ekstremalne poniżanie lub orgie, w których udział biorą zarówno dorośli jak i dzieci, ewentualnie same dzieci. Zamieszczone ilustracje są całkowicie tendencyjne - nie pokazują kwintesencji Lost Girls, ale też nie przedstawiają czegoś, czego tam nie ma i czego nie bierze się pod uwagę oceniając całość. A że o jednoznaczną opinię nie jest w tym przypadku łatwo, na razie przejdę do konkretów...

Głównymi bohaterkami Lost Girls są trzy kobiety różniące się nie tylko charakterami, ale także wiekiem oraz statusem społecznym. Pomysł kojarzy się z Ligą Niezwykłych Dżentelmenów (której jeszcze nie czytałem, niemniej kojarzy się), gdzie Moore wykorzystał postacie znane z literatury. Tutaj jest identycznie, i, chociaż ich personalia nie są podane na talerzu od samego początku, myślę, że przedstawiając je nikomu nie zepsuję zabawy (sam znałem imiona kobiet jeszcze przed sięgnięciem po komiks): są to Alicja z Alicji w Krainie Czarów, Dorothy z Czarnoksiężnika z Krainy Oz oraz Wendy z Piotrusia Pana. Osoby znające twórczość szalonego Alana domyślają się pewnie, że obecność tych bohaterek daje mu ogromne pole do popisu w kwestii zabawy z czytelnikiem oraz bardziej budzącego zainteresowanie niż irytującego popisywania się erudycją. Ułatwieniem jest fakt, że wyżej wymienione postacie powinny być znane wszystkim, choćby ze słyszenia, także każdy zanurza się w świat Lost Girls z przynajmniej podstawową wiedzą na temat występujących w opowieści osób. Moore przedstawia ich dalsze losy, jednocześnie burząc przeszłość bohaterek i przedstawiając ją na swój własny sposób - w pornograficznej konwencji. Wszystko zostaje przedefiniowane, nie zdziwcie się więc, że na przykład Blaszany Drwal nie jest już postacią zapamiętaną po przeczytaniu/obejrzeniu Czarnoksiężnika z Krainy Oz, tym razem to rosły i bezduszny ("tak jakby nie miał serca" - kojarzycie?) facet z farmy, jeden z wielu, przed którym Dorothy rozkłada nogi. Kapitan Hak jest starszym panem z ręką zakrzywioną od artretyzmu, kochającym dzieci nie tak, jak powinno się je kochać, a Moore'owski odpowiednik Królowej z Alicji w Krainie Czarów to po prostu bardzo miła pani, która bardzo lubi orgie, w czasie których dzieje się bardzo dużo brzydkich rzeczy. I, tak jak wspominałem w pierwszym akapicie, z jednej strony nie można odmówić genialności ponownemu odkrywaniu starych bohaterów, a z drugiej są momenty, kiedy właściwie nie wiadomo co myśleć o wydarzeniach rozgrywających się na kartach komiksu. Bo o ile przerobienie takiego Kapitana Haka jest świetne, to moment, w którym wyskakuje z krzaków i spuszcza się na plecy Wendy (w momencie tego wydarzenia mamy do czynienia z jej dziecięcą wersją zabawiającą się z Piotrusiem, który zna magiczny język wróżek, czyli takie słowa jak fuck lub cunt) jest po prostu niesmaczny i ciężko obrócić to w żart, nawet jeśli doskonale rozumiem, że tańczę tak jak zagrał scenarzysta, zapewne oczekujący właśnie takiej reakcji z mojej strony.

Całość kręci się wokół wspólnych rozmów trzech kobiet - wymieniają się nawzajem krótkimi opowieściami dotyczącymi ich przeszłości (komiks liczy sobie trzydzieści rozdziałów po osiem stron każdy, wszystko podzielone zostało na trzy księgi), jednocześnie posuwając się coraz bardziej w swoich bezwstydnych zabawach. Alicja została przedstawiona jako najstarsza z bohaterek, jest też najbardziej wyuzdaną i najbogatszą z nich (pochodzi z arystokracji) oraz nie kryje swojej homoseksualnej orientacji. Jej zupełnym przeciwieństwem jest Dorothy, najmłodsza z trójki i wychowana na farmie, nieokrzesana i zawsze gotowa na niezobowiązującą przygodę z jednym z lokalnych dżentelmenów. Pośrodku stoi Wendy, pozornie dystyngowana, nieco otępiała matka i żona, której przeszłość zdradza wiele zaskakujących i sprzecznych z jej obecnym zachowaniem szczegółów... a wszystko naszpikowane zostało nawiązaniami, jak zwykle u Moore'a raczej ciężkimi do wyłapania w całości. Występują też opowieści wewnątrz opowieści - bohaterowie czytają wiele książek o wiadomej tematyce - oraz szczegóły, które można przeoczyć, jeśli będzie się nieuważnie przeskakiwało z kartki na kartkę; na przykład czasem warto obserwować nie tylko postacie, ale też rzucane przez nie cienie, mogące zupełnie zmienić odbiór danej sceny. Tego typu smaczków jest mnóstwo, tak jak mnóstwo jest pierdolenia (ciężko nazwać to inaczej) pokazanego bez żadnych zahamowań. Jeśli scenarzysta chciał udowodnić, że pornografia nie musi być głupia, łatwa w odbiorze i skupiona tylko na jednym, dopiął swego. Na pewno miał też zamiar szokować i raczej trudno będzie o czytelnika, który przebrnie przez wszystkie próby ze stoickim spokojem. Sam autor daje wskazówki, jak należy odbierać Lost Girls, na przykład kiedy jeden z bohaterów komentuje czytane na głos opowiadanie przedstawiające orgię, w której udział bierze cała rodzina - matka, ojciec oraz dwójka ich dzieci (pozwolę sobie nie tłumaczyć oryginalnego tekstu): "And then these children: how outrageous! How old can they be? Eleven? Twelve? It is quite monstrous... except that they are fictions, as old as the page they appear upon, no less, no more. Fiction and fact: only madmen and magistrates cannot discriminate between them", a po chwili: "You see, if this were real, it would be horrible. Children raped by their trusted parents. Horrible. But they are fictions. They are uncontaminated by effect and consequence. Why, they are almost innocent". Zaraz po tej wypowiedzi Moore pokazuje swoją przewrotność i zaczyna droczyć się z odbiorcą, kiedy ta sama postać, autor poprzednich zdań, dodaje: "I, of course, am real, and since Helena, who I just fucked, is only thirteen, I am very guilty". Czy wspominałem coś o wystawianiu czytelnika na próbę?

Nie należy zapomnieć o ilustracjach Melindy Gebbie, obecnej żony scenarzysty, która wykonała kawał dobrej roboty. Oglądając Lost Girls ma się wrażenie, że taka oprawa graficzna bardziej pasowałaby do jakiejś książki, a nie "jedynie" do komiksu; o ile pamiętam, w żadnej przeczytanej przeze mnie opowieści obrazkowej nie spotkałem się z czymś podobnym. Widać ogrom pracy włożony w każdą ze stron oraz koncept - styl Melindy zmienia się w zależności od tego, czy swoją opowieść snuje Alice, Dorothy czy Wendy, jest też inny kiedy nie mamy do czynienia z retrospekcjami. Chociaż zabrzmi to bardzo dwuznacznie, nie da się zaprzeczyć, że w czasie poznawania wszystkich trzydziestu rozdziałów naprawdę jest na co popatrzeć.

Podsumowując, wbrew pozorom Lost Girls nie jest komiksem dla fanów masturbacji, a wartościową i złożoną opowieścią autorstwa mistrza, dodatkowo świetnie zilustrowaną. Z drugiej strony nie należy zapomnieć, że jest to mająca szokować czytelnika pornografia, do której niektórzy będą bali się podejść, inni podejdą i nie dadzą rady przejść suchą nogą przez morze spermy (cóż za przenośnia); na pewno znajdą się też ludzie negujący jakiekolwiek pozytywne strony tego komiksu i widzący w nim tylko to, co niekoniecznie jest najważniejsze. Jeśli nie należysz do żadnej z tych grup, ośmielam się polecić, z adnotacją, że to naprawdę nie jest pozycja dla każdego i nawet przy optymistycznym podejściu można zrazić się w trakcie, mimo wszystko. Nietypowy tytuł, o którym ciężko było coś napisać, choć mam cichą nadzieję, że jednak wybrnąłem.

#1230 - Donikąd (1034): Peel-Off Passion, a recipe for terror

Brak komentarzy:

Donikąd - komiksowy dziennik prowadzony od 13 sierpnia 2012 roku | Archiwum: [od początku] | [2012] | [2013] | [2014] | 2015 [styczeń] [luty] [marzec] [kwiecień] [maj] [czerwiec]

wtorek, 9 czerwca 2015

#1226 - Metody Marnowania Czasu #49: Sugar. Koci żywot

Brak komentarzy:

Nie jestem obiektywny. Kocham koty. Mam dwa. Uwielbiam je, chociaż bywa, że doprowadzają mnie do szału i muszę powstrzymywać swoją żądzę mordu. Właścicielom, a raczej współlokatorom tych cudownych zwierząt nie muszę tłumaczyć tego rodzaju relacji. To wspaniałe, kiedy kot kładzie się na mnie i nalega, żebym go głaskał, o ile nie zasłania mi w ten sposób czytanej właśnie książki. Miło popatrzeć, jak pozbywa się zagrażających mi komarów. Gorzej, kiedy dostanie się do szafki, w której trzymam kosz na śmieci, po czym zacznie wyciągać wszystkie odpadki na zewnątrz. Boję się dnia, w którym nauczą się otwierania drzwi. Wtedy już nic ich nie powstrzyma. Co nie zmienia faktu, że koty to fantastyczna sprawa. I teraz dostaję w swoje ręce komiks o kotach. Jak mam obiektywnie go zrecenzować? No jak? [całość na stronie Gildii Komiksu]

#1225 - Donikąd (1030): Rozmowy z potworem, część 25

Brak komentarzy:

Donikąd - komiksowy dziennik prowadzony od 13 sierpnia 2012 roku | Archiwum: [od początku] | [2012] | [2013] | [2014] | 2015 [styczeń] [luty] [marzec] [kwiecień] [maj] [czerwiec]

poniedziałek, 8 czerwca 2015

sobota, 6 czerwca 2015

#1222 - Metody Marnowania Czasu #48: Superman: Red Son [archiwum recenzji]

Brak komentarzy:

[recenzja napisana w marcu 2011]

Wyobraźcie sobie, że zamiast w Stanach Zjednoczonych, młody Kal-El rozbija się w Związku Radzieckim. Pomysł prosty, a jednocześnie genialny. I bardzo łatwy do spieprzenia. Jak pokazać Supermana z sierpem i młotem na klacie, stojącego u boku Stalina, w taki sposób, aby w grę nie wchodził niezamierzony efekt komiczny? Na szczęście Mark Millar dał radę i nie zrobił z tego banalnej opowieści pokazującej, że amerykańska wersja ostatniego syna planety Krypton to ideał, natomiast jego komunistyczny odpowiednik jest czystym złem. Czerwony Superman to wciąż wkurzający harcerzyk o dobrym sercu, tyle że wyznający odmienną ideologię. W Red Son pragnie bezpieczeństwa i dobrobytu ludzkości za wszelką cenę, która, jak łatwo się domyślić, prędzej czy później okaże się bardzo wysoka. A może jednak nie? Dodatkowymi plusami scenariusza są niesamowita pomysłowość oraz to, że czytelnik jest zaskakiwany na każdym kroku.

Pomysły Millara nie opierają się wyłącznie na prostym odwróceniu ról: Superman był Amerykaninem, teraz jest komunistą, Batman chronił Gotham, teraz walczy o wolność w Związku Radzieckim i ma nieco cieplejszą czapkę i tak dalej. Zmian jest dużo więcej i na pewno będą sporą niespodzianką. Na przykład znana wszystkim Lois Lane, bez Clarka Kenta staje się Lois Luthor, a sam Lex to naukowiec próbujący udaremnić plany głównego bohatera tej opowieści, ale w trochę inny sposób niż zwykle. I z trochę innych powodów. Scenarzysta bawi się oczekiwaniami odbiorców; nigdy nie wiadomo, w jakiej roli zobaczymy postacie, które dobrze znamy z czytanych wcześniej przygód jednego z najbardziej znanych komiksowych superherosów.

Red Son składa się z trzech części, prezentujących stopniowe dochodzenie Supermana do absolutnej władzy, w jego mniemaniu sprawiającej, że świat stał się miejscem niemal doskonałym. Akcję każdego z epizodów dzieli wiele lat; obserwujemy, jak bohaterowie stają się coraz starsi oraz coraz bardziej zdeterminowani. Każdy z nich stracił stanowczo za dużo czasu. Jedni chcą obalenia rządów Supermana, marzeniem innych (na przykład Wonder Woman) jest cały świat realizujący plan przybysza z Kryptonu. Nie wszystkim podoba się komunizm, na świecie nadal jest kilka miejsc stawiających opór (łatwo się domyślić, gdzie znajduje się ostatni bastion, przeciwstawiający się Związkowi Radzieckiemu niczym pewna galijska wioska Rzymianom), ale pamiętajmy, że pan S to wciąż dobry chłopiec i nie chce wprowadzać swoich zasad używając do tego siły. Dla mnie właśnie to jest głównym atutem komiksu: Millar nie robi z głównego bohatera czarnego charakteru. Jeżeli Czerwony Syn postępuje źle, robi to w dobrej wierze i myśląc przede wszystkim o bezpieczeństwie ludzi, co czyni z niego postać tragiczną. Co nie znaczy, że pod koniec przegrywa. Tego nie napiszę, przekonajcie się sami.
Akcja pędzi do przodu jak szalona, towarzyszą jej bardzo dobre ilustracje. Rysunki są dobre same w sobie, a do tego dochodzi jeszcze kreatywność autorów przy tworzeniu takich rzeczy jak nowe stroje starych bohaterów, nie tylko Supermana i Batmana. Oczywiście w przypadku tego komiksu scenariusz jest dużo ważniejszym elementem niż oprawa graficzna, jednak i w jej przypadku należą się słowa uznania.

Miniseria napisana przez Marka Millara to lektura na więcej niż jeden raz, więc naprawdę warto w nią zainwestować. Sama opowieść powinna spodobać się przede wszystkim osobom dobrze zaznajomionym ze światem Supermana, wyłapią w niej dużo więcej nawiązań i smaczków niż przeciętny czytelnik (czyli na przykład autor tej recenzji), ale zabawa i tak jest przednia, od pierwszych stron aż do samego końca. Sam pomysł na finał może zdziwić i zostać uznany za taki sobie, jednak nawet jeśli... co tam, to przecież i tak Elseworld, w dodatku bardzo dobry. Napisałbym, że Red Son to najlepsza rzecz, jaką czytałem w ciągu paru ostatnich tygodni, ale kilka dni temu pochłonąłem drugi TPB serii Scalped, więc nie napiszę. Napiszę za to, że polecam jak cholera. Sam pomysł zachęca do sprawdzenia komiksu, a potem jest jeszcze ciekawiej, więc wiecie, co z nim zrobić.

#1221 - Donikąd (1027): Oby nie inwazja

Brak komentarzy:

Donikąd - komiksowy dziennik prowadzony od 13 sierpnia 2012 roku | Archiwum: [od początku] | [2012] | [2013] | [2014] | 2015 [styczeń] [luty] [marzec] [kwiecień] [maj] [czerwiec]

piątek, 5 czerwca 2015

środa, 3 czerwca 2015

#1218 - Metody Marnowania Czasu #47: Batman: Ziemia Jeden

Brak komentarzy:

Wyobraźmy sobie, jak mogłaby wyglądać alternatywna rzeczywistość Spider-Mana. Przykładowo: ciocia May to były szpieg i utalentowana pielęgniarka, która uczyła się fachu w czasie wojny w Wietnamie, a przy okazji wie, że Peter jest Człowiekiem-Pająkiem, dzięki czemu może z powodzeniem leczyć jego rany odniesione podczas niebezpiecznych przygód. Burmistrzem Nowego Jorku – tępiącym zamaskowanych, samozwańczych stróżów sprawiedliwości – niech będzie J. Jonah Jameson. Mary Jane? Co tam, powiedzmy, że pracuje w „Daily Bugle” i za wszelką cenę stara się odkryć prawdziwą tożsamość tytułowego bohatera, jednocześnie spotykając się z Parkerem. I mógłbym tak kombinować w nieskończoność, tylko po co? [całość w najnowszym numerze ArtPapieru]

wtorek, 2 czerwca 2015

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Najpopularniejsze wpisy