Donikąd - komiksowy dziennik prowadzony od 13 sierpnia 2012 | Archiwum: [początek] | 2012 [sierpień]
-
21/2026 (51): DZIESIĘĆ ULUBIONYCH KOMIKSÓW TEGO PRZYSTOJNIEJSZEGO | Ice Cream Man, tom 1 [podcast] - Paweł szkaluje Ice Cream Mana, Michał opowiada o 10 komiksach, które lubi najbardziej. O tym i o kilku innych rzeczach rozmawiamy w #51 odcinku naszego p...3 tygodnie temu
niedziela, 19 sierpnia 2012
#108 - Donikąd: Drugie Ścierwo
Donikąd - komiksowy dziennik prowadzony od 13 sierpnia 2012 | Archiwum: [początek] | 2012 [sierpień]
#107 - Donikąd: Małe zwycięstwa
Donikąd - komiksowy dziennik prowadzony od 13 sierpnia 2012 | Archiwum: [początek] | 2012 [sierpień]
#106 - Donikąd: Góra Żar
Donikąd - komiksowy dziennik prowadzony od 13 sierpnia 2012 | Archiwum: [początek] | 2012 [sierpień]
sobota, 18 sierpnia 2012
#105 - Donikąd: Pozytywne rzeczy
Donikąd - komiksowy dziennik prowadzony od 13 sierpnia 2012 | Archiwum: [początek] | 2012 [sierpień]
poniedziałek, 13 sierpnia 2012
#104 - Donikąd: Nowy początek
niedziela, 12 sierpnia 2012
#103 - Ogólnie #5
13 (nieprzypadkowo w piątek) lipca zacząłem wrzucać tu swoje śmieszne komiksy, jutro mamy 13 sierpnia. Mija miesiąc. Ku mojemu zaskoczeniu jeszcze mi się nie odechciało. Ku mojemu jeszcze większemu zaskoczeniu nie przeczytałem ani nie usłyszałem ani jednej opinii o Donikąd oskarżającej mnie o to, że chyba w dupie mi się poprzewracało, skoro nie wstydzę się pokazywać publicznie takich bazgrołów i jeszcze w etykietach każdego wpisu zwalać to na nieistniejącego pięcioletniego brata. Nikt nie zapytał mnie, po co właściwie to robię, za to Maciek Pałka wrzucił jeden z pasków na Facebooka, dodając komentarz "Śmiech przez łzy", przez co, kiedy zobaczyłem to w pracy, prawie dostałem zawału, myśląc, że komentarz dotyczy moich nieudolnych rysunków i oto zaczęło się zasłużone szydzenie z mojej serii. Ale Maciek, były konsultant infolinii, na szczęście miał na myśli treść odcinka i zapewne wspomnienia, jakie wywołał. Jak to na Facebooku, poniżej od razu pojawiły się komentarze innych i nikt nie czepiał się tego, że przecież nie potrafię rysować. Ani trochę. Są osoby, które czegoś nie potrafią, ale uchodzi im to na sucho, a czasem nawet stanowi atut ich twórczości (na przykład Ol' Dirty Bastard, jeden z moich ulubionych raperów, który nigdy nie umiał śpiewać, jednak uwielbiałem, kiedy śpiewał). Raczej nie jestem jedną z takich osób, więc będę musiał się starać, zaś inni będą póki co musieli znosić moje przezabawne próby stania się lepszym rysownikiem.
O co w ogóle chodzi? Zawsze chciałem robić komiksy i, choć teraz pewnie trudno w to uwierzyć, pół życia temu potrafiłem tworzyć znośne kadry, ale później zupełnie mi się odechciało. Po latach moje umiejętności rysowania zmalały do zera. Mimo to trawiłem od dłuższego czasu pomysł własnego paska, pewnie głównie dzięki Fistaszkom, później dzięki lekturze PvP oraz komiksu American Elf. Ten ostatni, pomimo największego podobieństwa do mojego Donikąd, poznałem dobrze tak naprawdę już po narysowaniu kilku odcinków, przedtem kojarzyłem jedynie, że to komiksowy dziennik, czyli dokładnie to samo, co chciałbym robić. Autobiograficzna twórczość to, powoli się z tym godzę, chyba jedyne, na co mnie stać. Od samego początku wiedziałem, że jeśli się tym zajmę, będę musiał rysować Donikąd samodzielnie, bo nie ma twórcy z tak dobrym sercem, żeby przez 365 dni w roku siedział dla mnie nad kartką, ilustrując moje życie, tym samym odsuwając na bok własne pomysły. Niezrażony tym faktem, stwierdziłem, że podejdę do tego tak, jak Trondheim do tworzenia Lapinota: nie będę się niczym przejmował. Bo jeśli narysuję sto drzew, setne powinno wyglądać o wiele lepiej niż pierwsze. Przynajmniej w teorii.
Chyba chodzi mi o to, żeby jakoś usprawiedliwić fakt, że ośmieliłem się zaprezentować ludziom coś tak słabego, w każdym razie słabego graficznie. Ktoś mógłby mi powiedzieć, że powinienem bazgrać do szuflady, ćwiczyć przez rok albo dwa i dopiero pokazywać Donikąd światu. Pewnie, powinienem. Ale wtedy chyba nie miałbym większej motywacji. Miałbym świadomość, że jeśli nie będzie mi wychodziło, zawsze mogę wycofać się po cichu i nikt nie zauważy. Teraz, kiedy pokazałem już, co chcę zrobić, chcę też pokazać, że będę potrafił. Z treścią raczej nie będzie problemu (choć Mei napisała mi, że moje paski są "fajne" i, co mnie zaskoczyło, "smutne takie bardzo, dobijające, życiowe takie", a wcale nie towarzyszy mi chęć dobijania), wydaje mi się, że umiem pokazać jeden dzień ze swojego życia w przynajmniej trochę interesujący sposób. Problemem będą kadry. Mam nadzieję, że do czasu.
Mam też nadzieję, że udało mi się usprawiedliwić to, co robię, wystarczająco dobrze. Jeśli nie, trudno. Nadal będą się tu pojawiać informacje o moich opowiadaniach, teksty z cyklu Metody Marnowania Czasu i cała reszta (żeby nie zginęła w natłoku pasków, po prawej na dole zamieszczam linki do najnowszych dłuższych wpisów). Może należało założyć osobnego bloga w celu publikowania samych pasków, ale mam już dwa, czyli o jednego za dużo. Nie chciałoby mi się zajmować trzema naraz. Niech wszystko poza recenzjami komiksów będzie tu. Jeden pasek dziennie. Chociaż nie do końca, od jutra następuje mała zmiana. Te 31 odcinków, które pokazałem do tej pory, narysowałem ze sporym wyprzedzeniem, żeby sprawdzić, czy dam radę. Treść wcale nie dotyczyła danego dnia. Od jutra zaczynam to, czym Donikąd miało być od samego początku, czyli komiksowym dziennikiem. Jeden pasek na każdy dzień. I niekoniecznie jeden dziennie na blogu. Póki co nie mam stałego dostępu do skanera, więc może zdarzyć się tak, że na przykład nie będę publikował nic przez tydzień, a potem wrzucę 7 odcinków za jednym zamachem. Pewnie tak będzie. Pewnie też nieraz poczuję odruch wymiotny na samą myśl o nabazgraniu nowych kadrów, ale mam nadzieję, że nigdy nie stanie się to przykrym obowiązkiem. Jeśli tak, oleję to, a na razie zaciskam zęby i godzę się z tym, że nie umiem rysować, mając świadomość, że nie zmieni tego nic poza samym rysowaniem. Bez kręcenia nosem, że na razie nie wychodzi.
#102 - Donikąd [próbny miesiąc]: Propozycja
Donikąd | Archiwum: 2012 [lipiec] [sierpień] | [pierwszy odcinek]
sobota, 11 sierpnia 2012
#101 - Donikąd [próbny miesiąc]: Fotografie martwych zwierząt
Donikąd | Archiwum: 2012 [lipiec] [sierpień] | [pierwszy odcinek]
piątek, 10 sierpnia 2012
#100 - Donikąd [próbny miesiąc]: Opkupkana toaleta
Donikąd | Archiwum: 2012 [lipiec] [sierpień] | [pierwszy odcinek]
czwartek, 9 sierpnia 2012
#99 - Donikąd [próbny miesiąc]: Tak zwane miasto domyślne
Donikąd | Archiwum: 2012 [lipiec] [sierpień] | [pierwszy odcinek]
środa, 8 sierpnia 2012
#98 - Donikąd [próbny miesiąc]: Jajecznica
Donikąd | Archiwum: 2012 [lipiec] [sierpień] | [pierwszy odcinek]
wtorek, 7 sierpnia 2012
#97 - Donikąd [próbny miesiąc]: Powoli znikam
Donikąd | Archiwum: 2012 [lipiec] [sierpień] | [pierwszy odcinek]
poniedziałek, 6 sierpnia 2012
#96 - Donikąd [próbny miesiąc]: Ulotki
Donikąd | Archiwum: 2012 [lipiec] [sierpień] | [pierwszy odcinek]
niedziela, 5 sierpnia 2012
#95 - Donikąd [próbny miesiąc]: Philip Larkin
Donikąd | Archiwum: 2012 [lipiec] [sierpień] | [pierwszy odcinek]
sobota, 4 sierpnia 2012
#94 - Donikąd [próbny miesiąc]: 1984
Donikąd | Archiwum: 2012 [lipiec] [sierpień] | [pierwszy odcinek]
piątek, 3 sierpnia 2012
#93 - Donikąd [próbny miesiąc]: Gotham City
Donikąd | Archiwum: 2012 [lipiec] [sierpień] | [pierwszy odcinek]
czwartek, 2 sierpnia 2012
#92 - Donikąd [próbny miesiąc]: Wykształcenie
Donikąd | Archiwum: 2012 [lipiec] [sierpień] | [pierwszy odcinek]
środa, 1 sierpnia 2012
#91 - Donikąd [próbny miesiąc]: Zniżki dla trupów
Donikąd | Archiwum: 2012 [lipiec] | [pierwszy odcinek]
wtorek, 31 lipca 2012
poniedziałek, 30 lipca 2012
niedziela, 29 lipca 2012
sobota, 28 lipca 2012
piątek, 27 lipca 2012
czwartek, 26 lipca 2012
środa, 25 lipca 2012
wtorek, 24 lipca 2012
poniedziałek, 23 lipca 2012
niedziela, 22 lipca 2012
sobota, 21 lipca 2012
piątek, 20 lipca 2012
#78 - Metody Marnowania Czasu #17: Robotix
Szukałem tej kreskówki przez lata. Może "szukałem" to nieodpowiednie słowo, sugerujące intensywność tej czynności, aktywną chęć zdobycia serialu, a ja po prostu od czasu do czasu zastanawiałem się, czym było to, co widziałem w przedszkolu. Miałem w pamięci dwa obrazy: pierwszy, atakujące się wzajemnie armie walczących ze sobą dziwnych ras, i drugi, metalową postać rozpaczającą przez to, że jest robotem. O ile wiele z obejrzanych w przedszkolu, często puszczanych nam kilkukrotnie kreskówek, pamiętam bardzo dobrze, tak po Robotix przetrwały tylko te dwa fragmenty i myśl, że choć nie mam pojęcia, o co chodziło, wiem, że w tamtych czasach serial zrobił na mnie ogromne wrażenie. Niedawno w końcu go znalazłem, w tym tygodniu obejrzałem. W przeciwieństwie do Tajemniczych Złotych Miast i Ulissesa 31, czułem się tak, jakbym oglądał tę kreskówkę po raz pierwszy, więc obyło się bez sentymentów i taryfy ulgowej.
Robotix to serial składający się z (o ile mam dobre informacje) 15 odcinków, z których każdy trwa po 6 minut, ostatecznie złączonych w jeden film. Opowiada o dwóch walczących ze sobą rasach z planety Skalorr, dobrych Protectonach i złych Terrakorach. W obliczu dużo ważniejszego niż wojna problemu, jakim okazuje się nadchodzący wybuch supernowej, Compucore, dowodząca planetą sztuczna inteligencja (przez polskich tłumaczy nazwana Kompumamą...) poddaje wszystkich mieszkańców Skalorr hibernacji. Do bunkra, w którym spoczywają przedstawiciele dwóch zahibernowanych ras, dostaje się jednak niebezpieczne promieniowanie, przez co Compucore przenosi umysły kilku Protectonów i Terrakorów do Robotixów, ogromnych robotów stworzonych w celu odbudowania zniszczonej planety. Tym razem w zupełnie innej postaci, już po katastrofie, obie rasy kontynuują prowadzenie walki.
W międzyczasie na Skalorr mimowolnie trafia kapitan Exeter Galaxon i jego załoga, którzy wylądowali na planecie z powodu awarii statku kosmicznego. Jedzenia starczy im tylko na kilka dni, muszą więc jak najszybciej odlecieć z tego niegościnnego miejsca. Niestety, nie mają części pozwalających na dokonanie naprawy, poza tym zostają wplątani w konflikt między Protectonami oraz Terrakonami. Wkrótce okazuje się, że kierowane przez ludzi Robotixy radzą sobie ze wszystkim dużo lepiej, niż kiedy działają same. Część załogi Galaxona sprzeciwia się kapitanowi, po czym odchodzi, aby wesprzeć Terrakonów, reszta zostaje przy Protectonach. Wojna trwa nadal.
Zdaję sobie sprawę, że dla wielu osób, dobrze pamiętających tę kreskówkę z dzieciństwa, Robotix jest świętością, tak jak dla mnie wspomniane już Tajemnicze Złote Miasta. Wydaje mi się jednak, że nawet gdybym obejrzał Tajemnicze Złote Miasta po raz pierwszy w wieku dwudziestu kilku lat, i tak byłbym zadowolony. W Robotix czegoś brakuje. Pomijając fakt, że takie rzeczy jak na przykład animacja zdążyły się już zestarzeć, a polski lektor (taką wersję oglądałem) czasami może doprowadzić do ataków śmiechu, fabuła za bardzo galopuje. Kilkanaście sześciominutowych odcinków to nie jest odpowiedni sposób na zbudowanie historii, nawet jeśli na końcu sklei się to wszystko w całość i zrobi z tego dłuższą opowieść.
Pomysł był dobry, nie dziwię się, że jako dzieciak byłem zachwycony, a przynajmniej takie wspomnienie zostało w mojej pamięci. Niestety, nie został do końca wykorzystany. Przeskakuje się tu przez poszczególne wątki po łebkach, wiele z nich nie zostało dostatecznie rozbudowanych, za to dorzucono parę zupełnie zbędnych. Finał też nie wypada najlepiej. Jako zakurzone science fiction oglądane z lekkim uśmieszkiem na ustach Robotix wypada całkiem nieźle, ale to wszystko. W 2012 roku nic specjalnego. Może pamiętam za mało, żeby teraz robiło to na mnie wrażenie. Jednak sentyment jest w takich sytuacjach bardzo ważny i czasami bez niego trudno czuć wielką przyjemność oglądając niektóre starocie. Teraz cieszę się przede wszystkim z tego, że po tylu latach znalazłem odpowiedź na pytanie, czym była ta kreskówka z ogromnymi robotami, z obejrzenia całości już niekoniecznie. Ogólnie może być, chociaż sprawdziłoby się lepiej, gdybym oglądał to z paroma kumplami także pamiętającymi ten serial, a na stole stałoby piwo.
czwartek, 19 lipca 2012
środa, 18 lipca 2012
wtorek, 17 lipca 2012
poniedziałek, 16 lipca 2012
niedziela, 15 lipca 2012
sobota, 14 lipca 2012
piątek, 13 lipca 2012
wtorek, 3 lipca 2012
#70 - Ścierwo #2 [zapowiedź 3]
Pisałem wcześniej, że dobrze byłoby wydać drugie Ścierwo w kwietniu. Nadal twierdzę, że byłoby dobrze, ale już wtedy miałem świadomość, że z powodu mojego lenistwa raczej nic z tego nie wyjdzie. W końcu zabrałem się do pracy, a teraz odebrałem złożoną przez Martę Nieznayu, niemal gotową wersję zina z rysunkami Mei. Prawie wszystko skończone. Drugie Ścierwo coraz bliżej, może jeszcze w lipcu, a jeśli nie, już na pewno w sierpniu.
środa, 20 czerwca 2012
#69 - Metody Marnowania Czasu #16: Ulisses 31

Kolejną, po Tajemniczych Złotych Miastach, kreskówką, którą uwielbiałem w dzieciństwie, jest japońsko-francuski Ulisses 31, emitowany w polskiej telewizji w 1991 albo 1992 roku. Byłem pięciolatkiem. Tajemnicze Złote Miasta pamiętam o wiele lepiej, zresztą w przeciwieństwie do Ulissesa obejrzałem je w całości, wszystkie odcinki miałem nagrane na kasetach VHS, natomiast animowaną Odyseję oglądałem przypadkowo, kiedy akurat leciała. W tamtych czasach kilka epizodów zrobiło na mnie ogromne wrażenie. W ciągu paru ostatnich tygodni obejrzałem wszystko i siłą rzeczy poddałem dobre wspomnienia z dzieciństwa weryfikacji osoby, powiedzmy, że dorosłej. Ulisses 31 dziewiętnaście lat później.

Liczba 31 w tytule kreskówki wzięła się stąd, że główni bohaterowie przeżywają swoje przygody w XXXI wieku. Czyli Odyseja w wersji science fiction, w dodatku takiej, która nie bawi się w przenoszenie czasu akcji w przyszłość odległą zaledwie o jedno czy dwa stulecia. Główne założenia pozostają mniej więcej takie same, jak w znanej wszystkim, przynajmniej ogólnie, opowieści: Ulisses wraca z wojny, po drodze trafia na planetę zamieszkałą przez cyklopy i, ratując swojego syna, Telemacha (w tej wersji Odysei nie został przy matce) zabija Polifema, sprowadzając na siebie gniew bogów. Reszta w polskiej czołówce:
Fabuła wszystkich 26 odcinków z oczywistych powodów bardzo często nawiązuje do greckiej mitologii. Odyseja to nazwa statku kosmicznego Ulissesa, Scylla i Charybda to dwie sąsiadujące ze sobą planety, jest zagadka Sfinksa, Syzyf, Minotaur, Orfeusz, syreny i mnóstwo innych ogólnie znanych postaci, a wszystko to w otoczeniu robotów, cyborgów oraz nowoczesnej broni. Mieszanka ciekawa nawet dzisiaj, w kreskówce wykorzystana bardzo dobrze, choć nie pozbawiona wad, zwłaszcza jeśli już nie ogląda się jej oczami dziecka.

Co jest nie tak? Wcale nie pojawiający się trochę za często i nie zawsze w odpowiednich momentach głupkowaty humor (głównym jego źródłem jest w Ulissesie należący do Telemacha robot Nono). Mogę to strawić, rozumiem, że oglądam serial dla najmłodszych. Główny problem to brak rozwoju fabuły. Jedyne odcinki, jakie należy obejrzeć w odpowiedniej kolejności, to pierwszy i ostatni, na końcu każdego z pozostałych bohaterowie wracają do punktu wyjścia. To, co robią, nie ma najmniejszego znaczenia. Brakuje zmian charakteru postaci, choćby niewielkich, brakuje poczucia, że działania Ulissesa i reszty niosą ze sobą jakieś konsekwencje. Na początku odcinka nikt nie przypomina, co działo się w poprzednim epizodzie, bo i tak żaden z poprzednich epizodów nie ma wpływu na ten, który właśnie oglądamy. A szkoda.

Druga denerwująca wada to naiwna szlachetność bohaterów. Jak ja nie lubię takich rzeczy. W tym przypadku nie przyjmuję do wiadomości tłumaczenia, że to kreskówka dla dzieci. Narzekałem na to już wcześniej, pisząc o Tajemniczych Złotych Miastach. Tutaj charakter Ulissesa jest jeszcze śmieszniejszy od jego dziwnej fryzury. Zawsze dobry, zawsze wyrozumiały, sprawiedliwy, honorowy i pozbawiony dylematów moralnych, a przez to będący postacią z papieru. Przy nim nawet szlachetny w każdej sytuacji Thorgal jest niezwykle rozbudowanym wewnętrznie bohaterem. Dobrze, że przynajmniej w odcinku z Kalipso Ulisses pokazuje trochę więcej ludzkich emocji, co widać przy niedwuznacznym napięciu, jakie w pewnej chwili zaczyna być obecne pomiędzy tą dwójką. Jest jakaś próba, zresztą udana, pokazania nie tylko jednej twarzy głównego bohatera, momentami przypominającego robota zaprogramowanego wyłącznie w celu czynienia dobra, jednak to i tak trochę za mało.

Czyli co, jest kiepsko? Nie oglądać? Właśnie, że oglądać. Po to, żeby zobaczyć, co autorzy zrobili z Odyseją po dodaniu do niej elementów science fiction i bardzo ciekawym przetworzeniu wielu znanych wcześniej widzowi wątków, na pewno warto dla kilku bardzo dobrych motywów muzycznych. Przede wszystkim warto jednak, nawet mając więcej niż dwadzieścia lat, obejrzeć całość dla w ogóle nie pasującej do kreskówki dla dzieci, przygnębiającej, wręcz dołującej atmosfery kilku epizodów. Momentami jest strasznie, co robi wrażenie, ale moim zdaniem wygrywa właśnie wszechobecna beznadzieja. Bogowie uwzięli się na Ulissesa. Bohaterowie nie mają szans na pokonanie ich; za każdym razem, kiedy już prawie im się udaje, Zeus i cała reszta wbijają mu kolejny nóż w plecy. Widz oczywiście wie, że kilkunasty odcinek z rzędu znowu skończy się w podobny sposób, ale twórcy zrobili to tak, że chce się oglądać, na jaki okrutny pomysł wpadli bogowie tym razem.

Jako dziecko trochę bałem się odcinka Kwiaty strachu, ale dużo gorsze były Sekret Sfinksa i (zwłaszcza) Wieczna kara, w której poznajemy żyjącego samotnie na pustynnej planecie Syzyfa, dzień w dzień wtaczającego pojawiające się nowe głazy na szczyt stromej góry. Bogowie proponują Syzyfowi wolność w zamian za uwięzienie na pustyni Ulissesa, który właśnie wylądował w okolicy. Widz może mieć pewność, że będzie źle. Są w tej kreskówce rzeczy naprawdę okrutne i przygnębiające, nie tylko dla dziecka. I przede wszystkim dlatego warto ją zobaczyć, nawet będąc dużo starszym.

Na koniec anegdota. Kiedyś, chyba na początku liceum, jeszcze zanim wiedziałem, czym jest Internet i wszechpotężna wyszukiwarka Google, szukałem tej kreskówki, pytając o nią znajomych. "Odyseja, przygody Ulissesa, tylko w przyszłości", mówiłem. Ktoś stwierdził: "Nie znam takiej kreskówki, ale pewnie zrobiono ją na podstawie książki. Była książka o przygodach Ulissesa w czasach późniejszych niż mitologiczne". "Kto ją napisał?", spytałem. Odpowiedziano mi, że James Joyce.
Najpopularniejsze wpisy
-
Z góry zaznaczam, że dzisiaj nie napiszę tu żadnych odkrywczych ani ciekawych rzeczy. Planescape: Torment jest grą starą, znaną i (przynajm...
-
Niedawno pisałem o grze planszowej Magiczny Miecz , a dzisiaj będzie o Talismanie , w polskiej wersji opatrzonym dopiskiem nawiązującym do s...
-
Little Big Adventure to jedna z najbardziej genialnych gier komputerowych, w jakie miałem przyjemność grać. Zetknąłem się z nią po raz pier...
-
Gry komputerowe to rozrywka, której od ładnych paru lat świadomie nie poświęcam zbyt wielkiej ilości wolnego czasu. Wolę czytać. Bywa jednak...
-
O Tylerze i jego kawałku Yonkers pisałem w kwietniu. Od tego czasu zdążyłem przesłuchać obie płyty autora, debiutancką Bastard oraz najno...
-
W pierwszych latach podstawówki graliśmy w Magiczny Miecz co najmniej raz w tygodniu, czasami dużo częściej. Po lekcjach, na szkolnej świet...
-
Publikowałem tutaj odcinki Donikąd przez ponad 7 lat. W międzyczasie założyłem stronę Donikąd Komiks na Facebooku, przez co paski bard...
-
Nie wiem, ilu z Was ma wspomnienia podobne do moich, ale Tajemnicze Złote Miasta są najlepszą kreskówką, jaką oglądałem w dzieciństwie. Mia...
-
Donikąd - komiksowy dziennik prowadzony od 13 sierpnia 2012 roku | Archiwum: [początek] | 2012 [sierpień] [wrzesień] [październik] [lis...
-
Trochę ponad rok temu pisałem o Legendary , że dobre, ale... i te główne ale potrafiły całkiem nieźle mnie od tej gry odstraszyć. Prawdę m...











































