Trzeci numer Deus ex Machina miał swoją premierę dzisiaj. W środku opublikowano między innymi mój wywiad z pewnym bohaterem komiksu. Już nie mogę się doczekać na swój egzemplarz.
-
21/2026 (51): DZIESIĘĆ ULUBIONYCH KOMIKSÓW TEGO PRZYSTOJNIEJSZEGO | Ice Cream Man, tom 1 [podcast] - Paweł szkaluje Ice Cream Mana, Michał opowiada o 10 komiksach, które lubi najbardziej. O tym i o kilku innych rzeczach rozmawiamy w #51 odcinku naszego p...3 tygodnie temu
wtorek, 14 lutego 2012
#58 - Deus ex Machina #3 już jest
niedziela, 5 lutego 2012
#57 - Ścierwo #2 [zapowiedź 1]
Byłoby dobrze wydać drugie Ścierwo w kwietniu, równo pół roku po pierwszym numerze, ale póki co nie wiem, czy to nie moje pobożne życzenia. Może jednak nie. Prawie na pewno zrezygnuję z pisania wszystkiego ręcznie - wiem, że dobrze to wygląda, że klimat i tak dalej, tyle że wtedy pewnie znowu robiłbym to przez pięć miesięcy, leniwie, po kawałku. Więc raczej odpada. Druk, jakiś dobry człowiek poskłada mi całość, bo sam o składaniu nie mam pojęcia, ksero, zabawa ze zszywaczem i gotowe. Poza tym chciałbym, żeby kolejne numery pojawiały się w odstępach mniejszych niż półroczne. Zobaczymy. Jak na razie pokazuję okładkę drugiego, narysowaną przez Lagu i Lagu (dziękuję). W środku będą opowiadania i krótkie, nieśmiałe komiksy do moich scenariuszy.
czwartek, 26 stycznia 2012
#56 - Maciej Gierszewski - Moje życie z Dżejmsem
Niedawno ukazała się książka z opowiadaniami mojego kolegi, Macieja Gierszewskiego, Moje życie z Dżejmsem. Kilka podstawowych informacji o książce zaczerpniętych ze strony Wydawnictwa Ważka:
Jeśli wierzyć Ryszardowi Krynickiemu, to Wisława Szymborska mawia czasem: „Koty udały się Panu Bogu”. Ale czy rzeczywiście? Maciej Gierszewski w swoim debiucie prozatorskim daje odpowiedź na to pytanie. "Moje życie z Dżejmsem” to zbiór prawie stu krótkich i bardzo krótkich opowiadań, w których autor opisuje codzienne i niecodzienne przygody, na jakie jest narażony każdy właściciel miauczącego pupila. Książka udowadnia poślednią rolę, jaką pełni człowiek w życiu kota.
Dopełnieniem tekstu są ilustracje narysowane przez Kirę Pietrek oraz Macieja Czapiewskiego.
Dodatkowym smaczkiem książki są premierowe wiersze Marty Podgórnik, Krzysztofa Gryki oraz Tomasza Majerana.
W sklepie internetowym wydawcy można kupić Moje życie z Dżejmsem w cenie promocyjnej: http://www.wydawnictwo-wazka.pl/sklep/
niedziela, 22 stycznia 2012
#55 - Metody Marnowania Czasu #9: Nightfall
Od czasu do czasu lubię pograć w jakąś karciankę, chociaż omijam te kolekcjonerskie, w które wypadałoby inwestować wszystkie swoje pieniądze, a przyjemność wynikająca z rozgrywki może zmienić się w gromadzenie kolorowych kartoników. Ja wysiadam. Alternatywą są takie gry jak choćby Nightfall. Kupuje się zestaw startowy i to wszystko, można ewentualnie uzupełnić grę o dodatki, ale nie trzeba zbierać coraz większej ilości nowych kart, żeby mieć szansę na wygraną z przeciwnikami. Dla mnie rozwiązanie idealne, tym bardziej, że Nightfall to naprawdę dobra rzecz.
Chociaż na pudełku z grą napisano, że jest to deck building game, nie oczekujcie spokojnego budowania talii przypominającego stawianie pasjansa i zakończonego podliczeniem punktów. Nightfall jest oparty na ciągłych atakach i negatywnej interakcji pomiędzy graczami, którzy bez przerwy próbują udaremnić plany przeciwnika. Jeśli komuś to nie odpowiada i oczekuje relaksującej rozgrywki, może od razu wybrać inną karciankę, ta na pewno nie przypadnie mu do gustu. W tej grze po prostu trzeba ze sobą walczyć, nawet jeśli ktoś nie chce, musi atakować innych. Wynika to z samych zasad. I sprawia, że Nightfall cały czas trzyma w napięciu, a o to przecież chodzi.
O fabule nie ma co się rozpisywać, jest wyłącznie pretekstowa. Na świecie zapanowała wieczna noc, a ludzie, wampiry i wilkołaki walczą ze sobą o przetrwanie. Nic wyjątkowego. W czasie gry dowodzimy własną armią, na początku małą, potem coraz większą, i mamy za zadanie pokonanie całej reszty. Można grać od dwóch do pięciu graczy. Nightfall sprawdza się najlepiej, kiedy w grze biorą udział trzy lub cztery osoby. Nigdy nie wiemy, kto stanie się celem ataku, dochodzą do tego negocjacje i tymczasowe rozejmy. Gdy walczymy tylko z jednym przeciwnikiem, też jest nieźle, ale odpada element zaskoczenia. Z góry wiadomo, że my tłuczemy gracza siedzącego naprzeciwko, a on będzie tłukł nas. Po czasie robi się to trochę nudne, także polecam grę w większym gronie, na pewno będzie dobrze.
Na czym to mniej więcej polega? Mamy dwa rodzaje kart, akcje i sługusów. Akcja pozwala nam zrobić jednorazowo jakąś rzecz, przeszkadzającą innym graczom lub wspomagającą nas w czasie rozgrywki, natomiast sługusi należą do budowanej przez nas armii. Na początku swojej tury trzeba zaatakować przeciwników każdym sługusem, jakiego mamy grze. Po walce rozpoczyna się faza łańcucha, czyli to, co sprawia, że mechanika Nightfall jest tak wyjątkowa i ciekawa. Swoje karty zagrywamy wyłącznie w łańcuchu (przynajmniej na razie, nadchodzący, trzeci dodatek ma to zmienić), posługując się prostym, ale dającym ogromne możliwości kombinowania systemem łączenia ze sobą kart. Kiedy skończymy, inni gracze mają możliwość doczepienia się do łańcucha, dodając tam odpowiednie karty, a następnie akcje i sługusi wchodzą do gry, ale łańcuch rozpatrywany jest od tyłu. Oznacza to, że gracz, który ostatni dodał karty do łańcucha, skorzysta z nich jako pierwszy. Choć całość jest prosta, wymaga opanowania kilku zasad i myślenia. Trzeba przewidywać ruchy innych graczy, planować, układać karty tak, by łączyły się jak najlepiej - poza standardowymi efektami z łańcucha, są jeszcze tak zwane dopalacze, działające wtedy, gdy połączymy karty w odpowiedni sposób. Nightfall pozwala na tworzenie skomplikowanych kombinacji, przeszkadzanie przeciwnikowi nawet w jego własnej turze, a negatywna interakcja daje naprawdę sporo frajdy... chyba, że ktoś woli spokojne stawianie pasjansa, wtedy rozgrywka będzie bardziej frustrująca niż ciekawa. Wygrywa osoba, która pod koniec gry otrzymała najmniej ran.
Gra wygląda dobrze, jest ciągle rozbudowywana (dodatki wprowadzają sporo interesujących zmian i nowych zasad, nie polegają tylko na wrzuceniu do pudełka paru kart) i od niedawna dostępna także w polskiej wersji. Która jest lepsza? Jeśli nie znacie angielskiego, wiadomo, co wybierzecie. W innym wypadku wygląda to tak, że angielski Nightfall prezentuje się ciekawiej, ma większe i bardziej wytrzymałe opakowanie, w środku jest miejsce na karty z dodatków, są gąbki podtrzymujące talię, same karty też wyglądają na lepiej wykonane (przynajmniej w podstawce, bo angielska wersja dodatku Martial Law też nie jest pozbawiona wad, o czym pewnie napiszę za jakiś czas). Z drugiej strony, w polskim wydaniu bez problemu można dostać karty promocyjne, są od razu dodawane do zestawu. Także Wasz wybór. Mam nadzieję, że kolejne dodatki też będą tłumaczone na polski, ale niezależnie od wybranej wersji językowej, w Nightfall trzeba i naprawdę warto zagrać, jeśli ktoś lubi karcianki. Zwłaszcza oparte na konfrontacji.
środa, 11 stycznia 2012
#54 - Metody Marnowania Czasu #8: Talisman: Magia i Miecz
Niedawno pisałem o grze planszowej Magiczny Miecz, a dzisiaj będzie o Talismanie, w polskiej wersji opatrzonym dopiskiem nawiązującym do starej wersji tej planszówki: Magia i Miecz. W dużym skrócie, po rozpakowaniu pudełka wszystko jest po staremu, ale w nowszej, zdecydowanie lepszej odsłonie. Samo pudełko zajmuje o wiele więcej miejsca, zamiast planszy będącej zwykłą kartką papieru dostajemy grubą, dużą i rozkładaną mapę Krain, zamiast żetonów z cienkiej tektury są pionki, zamiast kart Postaci gracz dostaje figurki, zaś czarno-białe karty zostały zastąpione przez kolorowe. A to i tak nie wszystkie zmiany. Pisząc wprost i prostacko, gdybyśmy mieli taką wersję Magicznego Miecza w dzieciństwie, dosłownie zesralibyśmy się ze szczęścia. Ale teraz, po latach, pomimo świetnego wyglądu Talismana, jakoś udało mi się zachować czystą bieliznę. Dlaczego?
Tym chociaż trochę zorientowanym w temacie przypominam, że wychowałem się na Magicznym Mieczu, plagiacie Magii i Miecza. To właśnie Magia i Miecz bazowała na Talismanie, także, mimo całego podobieństwa, Talisman i Magiczny Miecz to dla mnie dwie zupełnie inne gry. Jeśli chodzi o atmosferę w czasie rozgrywki, bardziej podoba mi się właśnie stary plagiat, nie wiem, być może powodem jest sentyment z dzieciństwa, jednak wolę próbować zabić Bestię niż zdobyć Koronę Władzy (po co w ogóle Korona Władzy dobrym Postaciom?) i wolę mroczny Magiczny Miecz od kolorowej, czasem wręcz cukierkowej oprawy graficznej nowej wersji. Poza tym jakoś wolę być zamieniany w kamień, a nie w ropuchę, w Talismanie parę rzeczy sprawia wrażenie zbyt dziecinnych jak na mój gust. W każdym razie po euforii na samym początku muszę stwierdzić, że czegoś tu niestety brakuje.
Od premiery podstawki ukazało się już pięć dodatków: Żniwiarz, Podziemia, Królowa Lodu, Góry i Pani Jeziora. Całkiem sporo nowych Kart i Postaci, dwie nowe plansze, ogólnie gra cały czas się rozrasta. Szkoda, że z dodatkami też jest pewien problem. Poza Żniwiarzem (wprowadzającym do gry tytułową postać, którą przy odpowiednim rzucie kostką może kierować każdy, próbując uprzykrzyć życie przeciwnikom) właściwie żaden z nich nie wdraża jakichś znaczących zmian. W przeciwieństwie do tych z Magicznego Miecza. Tam wszystko było bardziej pomysłowe. W Talismanie mamy albo dodatki karciane, dobre, ale bez wielkich innowacji, albo uzupełnienia z nowymi planszami, czyli Podziemia i Góry. W Podziemiach na samym końcu czeka na nas główny przeciwnik, mający przy sobie ciekawe Przedmioty, jakie możemy dostać, oczywiście jeżeli go pokonamy. Dla odmiany w Górach... no tak, nie ma żadnej odmiany. Pod koniec również czeka na nas główny przeciwnik i tak dalej. Trochę mało w tym wszystkim inwencji.
Po bardzo wielu latach to wciąż ta sama gra, co można uznać jednocześnie za wadę i zaletę. Przez tyle czasu autorzy nie wpadli na to, że może należałoby jakoś ograniczyć losowość i wprowadzić choć kilka poprawek i urozmaiceń, co jest smutne. Urozmaiceń jest chyba jeszcze mniej niż w starej wersji. Z drugiej strony, ej, to wciąż ta sama gra, coś, przy czym spędziłem setki godzin mojego dzieciństwa. Mimo nieco innej atmosfery niż ta w Magicznym Mieczu, nadal jest lepiej niż nieźle. Chciałbym tylko zobaczyć więcej ciekawych dodatków. Jakiś czas temu na horyzoncie pojawiło się kolejne uzupełnienie, Smoki, pierwsze, które ma szansę wprowadzić sporo diametralnych zmian. I na to liczę. Po tym, co widziałem w dodatkach autorskich do Magicznego Miecza, jestem głodny pomysłowości oraz nietypowych rozwiązań. Oby Smoki chociaż trochę odświeżyły tę grę, żeby znowu chciało mi się rzucać kostką i wybierać kierunek ruchu.
poniedziałek, 9 stycznia 2012
#53 - Metody Marnowania Czasu #7: Lucky Louie
Główny bohater serialu komediowego Lucky Louie to nieudacznik pracujący za marne grosze w warsztacie samochodowym (robota załatwiona przez Kim, jego żonę) i opiekujący się kilkuletnią córką, w czasie gdy Kim zarabia prawdziwe pieniądze jako pielęgniarka, nieraz tyrająca dwie zmiany pod rząd. Kiedy Louie ma wolną chwilę, lubi onanizować się w szafie (żona nie za bardzo ma ochotę uprawiać z nim seks) i wypić piwo ze swoimi przygłupimi kumplami. Jeśli chodzi o jego życie, to mniej więcej wszystko. Jeśli chodzi o sam serial, uważam go za jeden z najlepszych, jakie widziałem. I nieważne, że nie było ich wiele.
Postacią najbardziej odpowiedzialną za humor w Lucky Louie jest komik znany jako Louis C.K, dla mnie prawdziwy mistrz. W przypadku ludzi rozśmieszających publikę swoimi monologami znowu muszę powtórzyć wypowiedź: nie było ich wielu. Mimo to Louis C.K. i praktycznie każdy jego występ uznaję za czołówkę w moim prywatnym, śmiesznym rankingu, w którym co prawda znalazłoby się tylko parę nazwisk, ale tak czy inaczej w żaden sposób nie ujmuje to jego umiejętnościom. A to, co robi, wygląda tak:
Obejrzane? W takim razie już wiecie, jaki to humor. Obrzydliwy, wulgarny i dosadny, pełny frustracji. Oraz przezabawny. Nie wiem, ile w tym odważnej autobiografii, (jeden z komentarzy pod filmem: I can't tell if he's funny and creative or if he's just honest about how shitty his life is...), a ile wymysłów, nie zagłębiałem się w historię prywatnego życia komika, nawet nie za bardzo mnie to interesuje. Dla mnie najważniejszy jest fakt, że przedstawianie swojego gównianego życia wychodzi mu w sposób, z którego trudno się nie śmiać. Bez grzecznych żarcików czy niepotrzebnych prób mówienia w łagodniejszy sposób. Po co, skoro taka konwencja sprawdza się idealnie. Można ponarzekać, że rzucanie mięsem i opowiadanie o takich rzeczach jest prymitywne, a oglądanie tego z uśmiechem na ustach to prymitywna rozrywka. Pewnie jest prymitywna, może nawet w dużym stopniu. Jakoś nie za bardzo się tym przejmuję. Widzę w tym prymitywną rozrywkę podniesioną do rangi sztuki.
Żarty z filmu powyżej i żarty, jakie można zobaczyć w serialu to jeden i ten sam rodzaj humoru. Zresztą, w swoich monologach Louis nie raz opowiadał historie, które potem znalazły się w odcinkach Lucky Louie. Najprościej mówiąc, serial opowiada o życiu w rodzinie, dosyć kiepskim życiu, ale właśnie przez to aż tak zabawnym. Poruszane są tutaj najróżniejsze tematy, od kłótni w małżeństwie, problemów z wychowaniem dziecka, problemów z pracą i sąsiadami, właściwie można tu znaleźć problemy, jakie miał, ma lub na pewno będzie miał praktycznie każdy. I pewnie w bardzo wielu podobnych sytuacjach nie będzie się śmiał, więc przynajmniej pośmiejmy się oglądając odcinki serialu. Czasami wypada też przestać się śmiać, bo wbrew pozorom, pomimo skrajnie wulgarnego języka i efektowi komicznemu osiąganemu często przez takie zabiegi jak pokazywanie (o wiele bardziej dosłowne niż moglibyście się spodziewać po tego typu serialu) głównego bohatera i jego żony w czasie uprawiana seksu, Lucky Louie mówi o sprawach bardzo poważnych. I gdzieś tam, czasami, powaga sytuacji dociera także do widza.
Oczywiście twórcy nie mieli zamiaru pokazywać nam kilkunastu odcinków (tylko jedna seria, drugiej nie będzie, za to jest nowsza rzecz od Louisa C.K, zatytułowana po prostu Louie, obowiązkowo do sprawdzenia) instrukcji życia w rodzinie. Chcieli nas po prostu rozbawić, co udało im się w stu procentach. Obejrzyjcie serial, obejrzyjcie występy Louisa, spróbujcie nie pękać ze śmiechu. Ja nie dałbym rady.
niedziela, 8 stycznia 2012
#52 - Metody Marnowania Czasu #6: William Tenn
Nie będę udawał, że znam się na literaturze science fiction. Chyba w ogóle nie znam się na literaturze, po prostu bardzo lubię czytać. I jakoś tak wyszło, że obecnie czytam więcej rzeczy, powiedzmy, twardo stąpających po ziemi, na przykład sporo książek autobiograficznych (choć trafi się też jakiś horror czy thriller, a ostatnio i kryminał), z kolei od paru lat rzygam fantasy, nawet mimo tego, że kiedyś uwielbiałem ten gatunek i do dzisiaj dobrze wspominam parę takich powieści. Fantasy trawię w komiksach, w grach, na ekranie, ale od pewnego czasu jakoś nie mogę się przemóc i znieść smoków, czarów albo mieczy w literaturze. Jest jeszcze science fiction. Od tego chyba zaczynałem (chociaż moją pierwszą przeczytaną powieścią był, o ile dobrze pamiętam, Wąż morski Juliusza Verne'a), jakieś Stalowe szczury Harry'ego Harrisona i podobne pulpowe pierdoły, statki kosmiczne i obce rasy (a gdzieś pomiędzy tym wszystkim poznawane w szkole podstawowej dzieła typu Rogaś z Doliny Roztoki), książki brane do rąk najczęściej dlatego, że na okładce znajdowała się interesująca ilustracja... tak właśnie trafiłem na powieść Punkt Einsteina, którą napisał Samuel R. Delany. Bo na okładce był fajny smok. Po lekturze (miałem dwanaście lat) okazało się, że nie było tam zbyt wiele o smokach i że w ogóle niewiele zrozumiałem. Do czasu. W każdym razie z tyłu znajdowały się krótkie teksty o innych rzeczach wydawanych przez Phantom Press, między innymi o zbiorach opowiadań Williama Tenna. Był to rok 1998, a ponieważ z niczym nigdy się nie spieszę, trochę później, w roku 2005, kupiłem za grosze na internetowej aukcji pięć takich zbiorów. I szybko doszedłem do wniosku, że Tenn to jeden z mistrzów. Nie mam porównania, nie znam wielu pisarzy zajmujących się science fiction, ale w mojej głowie gość na zdjęciu powyżej to szef.
Niby czemu opowiadania Tenna są takie dobre? Przede wszystkim zaskakują pomysłowością, nawet całe lata po czasie, w którym zostały napisane. Cytując notkę znajdującą się w książkach Phantom Press: Jest mistrzem sytuacji, które najpierw zadziwiają i intrygują, potem zaczynają budzić ciekawość, trochę nas rozśmieszają, by w końcu zaskoczyć głęboką ironią lub wnikliwą obserwacją i oceną. I tak właśnie jest, we wszystkich zbiorach, które posiadam (Bernie Faust, Pierwiastek kwadratowy z człowieka, Ludzki punkt widzenia, Przed czasem i Wyzwolenie Ziemi). Nie wiem, czy w Polsce ukazały się jakieś inne opowiadania Tenna. Nawet jeśli nie, pięć wymienionych wyżej tytułów to i tak wystarczająco dużo, by przekonać się do jego twórczości.
Wspomniałem o dobrych pomysłach. W opowiadaniu Przed czasem Tenn wymyślił przyszłość, w której prawo pozwala najpierw odbyć karę za dane przestępstwo, by popełnić je dopiero później. Oczywiście im większa zbrodnia, tym cięższa kara, na przykład za morderstwo pracuje się latami na niebezpiecznych planetach. Niewielu z nich wraca, wielu zostaje kalekami, ale po powrocie mogą zabić jedną osobę. Teoretycznie bezkarnie, przecież karę mają już dawno za sobą. Taki system znacznie zredukował przestępczość, także dlatego, że bardzo mały procent skazańców dożywa końca wyroku za najgorsze uczynki. Główny bohater Przed czasem odpracował swoje i wraca do siebie, by pozbawić kogoś życia. I nagle okazuje się, że każdy z jego bliskich wyrządził mu w przeszłości jakąś krzywdę i każdy z nich myśli, że to właśnie on zostanie ofiarą. Wszyscy przychodzą i przepraszają, proszą o litość, jego żona podejrzewa, że zginie za to, że go zdradzała (o czym skazaniec nie miał nawet pojęcia). A niektórzy, zamiast spokojnie czekać na śmierć, wolą zabić go pierwsi.
To jeden z moich ulubionych pomysłów Tenna, jednak jest ich więcej. Opowiadanie o człowieku, który przypadkowo dostał przesyłkę z przyszłości, zestaw pozwalający zbudować żywą istotę ludzką, w swoich czasach zabawkę dla dziecka, w teraźniejszości coś bardzo niebezpiecznego. Tekst o mężczyźnie, który został porwany na Marsa, gdzie poinformowano go, jak przyspieszyć rozwój Ziemi oraz włączyć ją do międzyplanetarnej unii, ale któremu nikt z naszej planety nie chce uwierzyć. O pracowniku biurowca, od którego dwie tajemnicze osoby chciały wynająć nieistniejące piętro. Praktycznie każde opowiadanie to świetny pomysł, sporo ironii, a na końcu zaskakująca puenta.
Tenn to mistrz krótkich form. Czytałem jedną jego powieść, O ludziach i potworach, ale nie podobała mi się aż tak bardzo. Też ma dobrą puentę, ale rozciągnięta do dwustu stron przypomina zdecydowanie za długi dowcip, co z tego, że mający śmieszne zakończenie. Na początek polecam więc opowiadania, coś dłuższego można ewentualnie przeczytać później. Każdy z wymienionych wyżej zbiorów da się bez problemu dostać na internetowych aukcjach, w dodatku za niewielkie pieniądze. Czasami trafiają się trzy, cztery książki Tenna jednocześnie za kilkanaście złotych. Naprawdę warto spróbować.
czwartek, 5 stycznia 2012
#51 - Metody Marnowania Czasu #5: Little Big Adventure
Little Big Adventure to jedna z najbardziej genialnych gier komputerowych, w jakie miałem przyjemność grać. Zetknąłem się z nią po raz pierwszy chyba jeszcze w podstawówce, ukończyłem parę lat później. Po raz kolejny przeszedłem ją kilka dni temu. Choć każde z tych podejść oddziela naprawdę sporo czasu, nie ma tu mowy o sentymencie z dzieciństwa. Wiem, że gdybym nie widział tej przygodówki nigdy wcześniej, teraz, na początku 2012 roku, i tak zrobiłaby na mnie ogromne wrażenie.
Fabuła nie jest skomplikowana, jednak to nic, w końcu gracz ma do czynienia z bajką. Miejsce akcji to planeta Twinsun, zaś jej mieszkańcy żyją pod dyktaturą złego Dr. FunFrocka, który zmusił ich do życia na południowej półkuli, północną wykorzystując do własnych celów. Udaje mu się kontrolować wszystkie wyspy za pomocą armii klonów zdolnych do przemieszczania się w każde miejsce na planecie dzięki rozmieszczonym niemal wszędzie maszynom umożliwiającym teleportację. Oczywiście ma zły plan związany z władzą absolutną i oczywiście nie ma litości dla buntowników. Główny bohater Little Big Adventure, Twinsen, już na samym początku gry trafia do więzienia za swoje sny związane z dawną przepowiednią, sny, których treść jest bardzo nie na rękę Dr. FunFrockowi.
Chociaż celowo użyłem słowa "bajka", ktoś i tak może pomyśleć: "Zaraz, że to niby taka dobra gra? Patrzę na zamieszczone screeny i widzę jakieś plastikowe drzewa, jakieś słonie i dwunożne króliki, co to w ogóle ma być?". Dodam jeszcze, że przeszukując różne miejsca, Twinsen może zbierać między innymi małe serca, które uzupełniają jego punkty zdrowia. Brzmi przerażająco głupio? Ale nie jest. Konstrukcja i specyficzny klimat Little Big Adventure sprawia, że gra jest jak seria komiksowa Bone, przypadnie do gustu dzieciakowi, ale nie zrazi też osób starszych, nawet o wiele starszych. Jest uniwersalna. Poza tym jej bajkowość to bardziej surrealizm i świadome uproszczenie niż naiwność. Nie twierdzę, że walka z Dr. FunFrockiem to arcypoważna przypowieść pod płaszczykiem historii dla dzieci, ale fabuły na pewno nie można uznać za głupią lub nieciekawą.
W 1994 roku Little Big Adventure wyprzedzała swój czas, jednak nawet obecnie może uchodzić za przygodówkę świeżą i bardzo interesującą. Grafika się zestarzała, pomysły i zagadki już nie. Poza standardowym dla tego gatunku gier używaniem odpowiednich przedmiotów, można tu znaleźć sporo akcji, której ilość sprawia, że określenie "przygodówka" przestaje wyczerpywać temat. Zapomnijcie o spokoju i czasie na zastanawianie się, Twinsen musi często działać naprawdę szybko, a także walczyć. Oprócz główkowania, gracz musi wykazać się sporą zręcznością, bo z przeszkodami wymyślonymi przez autorów nie ma żartów. I jeszcze jedno, uprzykrzanie życia Dr. FunFrockowi to nie jest zabawa dla niecierpliwych. Jeśli szybko zrażają Was niepowodzenia i potrzeba wykonywania tej samej czynności kolejny raz, kiedy znowu coś nie wyszło, lepiej od razu zapomnijcie o tej grze.
W czasie rozgrywki główny bohater Little Big Adventure ma dostępne cztery tryby: normalny (chodzenie, czytanie plakatów/tablic i rozmawianie z napotkanymi postaciami), sportowy (bieganie i skakanie), agresywny (chyba wiadomo) i dyskretny (skradanie się i pozostawanie w ukryciu). Każdy z trybów daje inne możliwości radzenia sobie z problemami. Proste rozwiązanie, które do dzisiaj budzi mój podziw. Walczymy za pomocą pięści lub magicznych piłek. Właściwie nie ma tu brutalności, pokonani przeciwnicy po prostu znikają. Przygodówka jest przesympatyczna, jednak (podkreślę to jeszcze raz) wcale nie głupia.
Gra ma w zasadzie tylko dwie wady, co prawda nie przekreślające faktu, że jest naprawdę genialna, jednak strasznie uprzykrzające życie. Po pierwsze, w trybie sportowym Twinsen musi uważać na ściany - walnięcie w jakąkolwiek powoduje utratę zdrowia i zataczanie się, przez które tracimy czas. Jeśli nie graliście, nie macie pojęcia, jakie to irytujące. Po drugie, nie można zapisać gry w dowolnej chwili, co tylko zwiększa poziom trudności. Często musimy wykonywać wiele trudnych czynności pod rząd (na przykład skakanie nad przepaściami, walka z trudnym przeciwnikiem i tak dalej), a jeśli się pomylimy i stracimy życie, zaczynamy od wcześniejszego, zazwyczaj dużo wcześniejszego miejsca. Dlatego właśnie to gra tylko dla cierpliwych. Kiedy uda Ci się zrobić kilka rzeczy dobrze, a ostatnia nie wyjdzie i trzeba wracać, czasami naprawdę aż chce się wyrzucić komputer przez okno. Na szczęście zalety przeważają, a Little Big Adventure i tak dostaje ode mnie ocenę 10/10.
Ukończenie tej gry po raz kolejny było powrotem do starych czasów, ale od paru dni po raz pierwszy gram w drugą część. Mimo tego, że zainstalowałem wszelkie patche, dźwięk i tak nie działa, zaś przerywniki filmowe muszę oglądać na YouTube, jakoś nie są odczytywane z płyty. Nieważne, zabawa i tak jest przednia i już mogę stwierdzić, że Little Big Adventure 2 to coś jeszcze lepszego niż jej poprzednik. Ale o tym napiszę dopiero za jakiś czas.
niedziela, 1 stycznia 2012
#50 - Ogólnie #4
Założyłem tego bloga 1 stycznia 2011 roku, równe 12 miesięcy temu, więc wypadałoby coś tutaj napisać, na przykład jakieś podsumowanie. Tyle, że nie za bardzo mi się chce. Odnotowuję tylko, że to pierwsze urodziny, a jeśli ktoś ma ochotę, niech przejrzy sobie poprzednie 49 wpisów i sam oceni, czy warto było tu zaglądać. Od siebie dodam jedynie, że chyba nie ma tragedii, więcej rzeczy wyszło, mniej nie wyszło, mam trochę powodów do zadowolenia. Plan związany z rokiem 2012 wygląda tak, że nadrabiam recenzje komiksów i innych rzeczy w ramach cyklu Metody Marnowania Czasu (przede mną dwadzieścia kilka tekstów, mam nadzieję, że uwinę się z tym w miarę szybko, ale nie kosztem jakości), a potem skupiam się głównie na opowiadaniach, czyli tym, co sprawia mi większą przyjemność. Co nie znaczy, że przestanę pisać o komiksach. W życiu.
PS. Maszyna do pisania na zdjęciu powyżej oczywiście nie ma niczego wspólnego ze mną. Wiadomo, że siedzę przed monitorem i stukam palcami w klawiaturę, ale... maszyna do pisania, zwłaszcza taka przegniła (brakuje tylko robaków) wygląda dużo lepiej od klawiatury. Mimo to chyba nie miałbym cierpliwości do używania czegoś takiego. Kto wie, może kiedyś spróbuję.
piątek, 30 grudnia 2011
#49 - Metody Marnowania Czasu #4: Planescape: Torment
Z góry zaznaczam, że dzisiaj nie napiszę tu żadnych odkrywczych ani ciekawych rzeczy. Planescape: Torment jest grą starą, znaną i (przynajmniej tak mi się wydaje) lubianą, to tylko ja mam ogromne zaległości. Pierwszy raz próbowałem ją przejść w liceum, potem jeszcze dwa lub trzy razy, ale zawsze coś mi przeszkadzało. Utrata plików, długie przerwy, po których niczego już nie pamiętałem, a nie chciało mi się zaczynać od początku... dopiero niedawno wreszcie udało mi się ją ukończyć. Podejrzewam, że ze wszystkich zainteresowanych nią osób, jestem jedną z ostatnich, które doszły do finału. Mimo wszystko trochę sobie o niej napiszę.
Świat Planescape to fantasy, jednak dalekie od rozwiązań znanych z podobnych gier. Pewnie, są miecze, jest magia, są potwory, są typowe dla RPG profesje: wojownik, mag, złodziej, kapłan. I na tym zwyczajność się kończy. W grze panuje atmosfera tak dziwna, że aż trudno mi ją opisać. Niemal każda rzecz odbiega od standardów. Zaczynamy w mieście Sigil, zwanym także Miastem Drzwi, zawierającym niezliczoną ilość portali do innych światów. Kluczem do portalu może być dosłownie wszystko, zwykły przedmiot, ale także gest, słowo, cokolwiek innego. Sigil to zbiorowisko niezwykłych miejsc i dom dla wielu istot z innych Sfer, istot, z którymi przyjdzie nam rozmawiać, współpracować lub walczyć. Niekoniecznie zdołamy je zrozumieć.
W przeciwieństwie do prawie identycznie wykonanej gry Baldur's Gate, w Planescape: Torment nie mamy możliwości wyboru wyglądu czy imienia głównego bohatera. Później będziemy mogli wybrać tylko jego profesję. Na początku kierowany przez nas Bezimienny budzi się w kostnicy, choć sądząc po jego ranach, powinien już dawno nie żyć. Stracił pamięć, więc nie za bardzo wie, co się dzieje, zupełnie jak Max w pierwszym rozdziale Sanitarium. Wkrótce okazuje się, że Bezimienny nie tylko został pozbawiony wspomnień, ale też nie może umrzeć i nie ma pojęcia, dlaczego tak jest. Wygląda na to, że próbuje rozwiązać zagadkę swojej nieśmiertelności już od lat, ale cały czas ktoś lub coś chce mu w tym przeszkodzić, a każdy kolejny zgon oznacza rozpoczęcie całej historii od nowa. Wspomnienia znowu odchodzą, zaś Bezimienny musi jeszcze raz szukać odpowiedzi na wszystkie pytania.
Zaczyna się ciekawie, interesująca postać, bardzo nietypowe otoczenie, widowiskowe i niespotykane nigdzie indziej zaklęcia oraz przedmioty, niemal całkowity brak zbroi, broni dystansowej i mieczy (wyobrażacie to sobie w innym RPG?). Do tego towarzysze równie dziwni, co Bezimienny. Na przykład Morte, latająca czaszka, towarzysząca Bezimiennemu od chwili przebudzenia w kostnicy. To niby nasz wierny przyjaciel jeszcze z czasów poprzedniego życia (poprzednich żyć?), ale tak naprawdę jego motywy nie są nam do końca znane. Do czasu. A Morte to i tak tylko przykład pierwszy z brzegu, świetnych postaci jest więcej, tak samo jak odjechanych pomysłów, których nie powstydziłby się sam Grant Morrison, piszący scenariusze do serii Doom Patrol.
Planescape: Torment jest jak książka, co najważniejsze: jak bardzo dobra książka. Nacisk położono tu nie na wartką akcję i walkę z hordami przeciwników, a na fabułę i dialogi. Większości konfliktów da się uniknąć, wiele spraw można rozwiązać dogadując się z rozmówcami, niekoniecznie rozwalając im głowy toporem. Ta gra polega właśnie na rozmowach, za ich pomocą poznajemy odpowiedzi na przeważającą liczbę pytań, to w czasie rozmów zdobywamy lwią część punktów doświadczenia potrzebną do rozwoju postaci, odkrywamy tajemnice głównie w czasie wymiany zdań z innymi mieszkańcami Planescape. Dla mnie to świetne rozwiązanie i miła odmiana. Poza tym Torment zawiera mnóstwo ukrytych ciekawostek, ogromną ilość różnych rozwiązań, w zależności od tego, jaką postacią gramy i w jaki sposób gramy. A przede wszystkim całość to po prostu rewelacyjna historia, jedna z lepszych, jakie miałem okazję poznać. I nie mam tu na myśli wyłącznie gier komputerowych.
Co mogę napisać, poza tym, że polecam? Chyba nawet nie powinienem, bo kto chciał, miał całe dwanaście lat na sprawdzenie. Prawie pół mojego życia. Co tam, i tak polecam, tym, którzy nie zagrali, a po tych kilku akapitach wydaje im się, że warto.
wtorek, 27 grudnia 2011
#48 - Metody Marnowania Czasu #3: Magiczny Miecz
W pierwszych latach podstawówki graliśmy w Magiczny Miecz co najmniej raz w tygodniu, czasami dużo częściej. Po lekcjach, na szkolnej świetlicy. To było zanim gry komputerowe wygrały z tymi, do których potrzebna była plansza i zanim dowiedziałem się, dlaczego ta gra dziwnie przypomina Magię i Miecz, inną planszówkę firmy Sfera. Na Magię i Miecz już nie zdążyliśmy, w pewnej chwili Sfera straciła licencję na wydawanie tej gry, ale ponieważ była bardzo popularna, wydawnictwo zrobiło plagiat. Plagiatem jest oczywiście Magiczny Miecz, gdzie wszystko różni się od pierwowzoru, jednak różnice polegają tylko na innej terminologii oraz odwróceniu pomysłów, gołym okiem widać, co kopiowali autorzy. Mimo wszystko grało się w to świetnie, zresztą nawet gdybyśmy wiedzieli, że to plagiat, czemu mielibyśmy się tym przejmować w wieku ośmiu czy dziewięciu lat?
I tak: w Magii i Mieczu gracz musiał dotrzeć do znajdującej się na środku planszy Korony Władzy, w Magicznym Mieczu - do znajdującego się na środku planszy Zamku Bestii, którą następnie należało pokonać. W obu grach plansza podzielona była na trzy Kręgi, po których podróżowały Postacie. W Magii i Mieczu zaczynało się w Kręgu Zewnętrznym, zaś w Magicznym Mieczu w Środkowym. Reszta zmian to kosmetyka, na przykład w jednej grze mieliśmy Karty Zaklęć, w drugiej Karty Czarów, w jednej Karty Wyposażenia, w drugiej Karty Ekwipunku. Obie planszówki różniły się też atmosferą w czasie rozgrywki. Po poznaniu obu, Magiczny Miecz wydaje mi się bardziej mroczny i krwawy, w Magii i Mieczu wyruszamy na spacer po jakąś Koronę Władzy, ale tutaj musimy zabić Bestię, która zawładnęła światem. Poważna sprawa. Z drugiej strony, moja opinia wynika w dużym stopniu z sentymentu i gdybym zaczął od Magii i Miecza, pewnie wolałbym pierwowzór, a Magiczny Miecz uznawał za marną kopię.
Gdyby odrzucić sentymenty, zarówno Magiczny Miecz jak i Magia i Miecz okazują się grami trochę niedorzecznymi, ograniczającymi decyzje gracza do minimum. Na początku swojej tury rzucamy kostką i decydujemy, czy nasza Postać pójdzie w lewo czy w prawo, a następnie badamy Obszar, na który trafiliśmy. Reszta to najczęściej loteria. Nie mamy wpływu prawie na nic, nawet na posiadane Zaklęcia, które też losujemy ze stosu Kart. Większość opiera się właśnie na Kartach, dosłownie na setkach Kart, a także na rzucaniu kostką. Można przez pół gry zbierać Złoto, a potem wylosować Zdarzenie mówiące nam, że w nocy zostaliśmy obrabowani. I tyle, Złota nie ma. Jeśli jednak nastawimy się wyłącznie na zabawę, Magiczny Miecz oferuje naprawdę rozbudowany (także dzięki licznym dodatkom) świat, ogromne ilości Przedmiotów, Zaklęć, Postaci, miejsc do zobaczenia i zadań do wykonania. Choć czasy podstawówki już dawno minęły, gra nadal może dawać sporo frajdy.
Żeby dotrzeć do zamku Bestii, najpierw należy zdobyć tytułowy Magiczny Miecz oraz Tarczę Tolimana. Wypadałoby też rozwinąć swoją Postać, czy to za pomocą Zaklęć, odwiedzając Obszary czy radząc sobie z problemami wynikającymi z wylosowanych Kart Zdarzeń. W grze występują cztery atrybuty: Magia, Miecz, Życie i Złoto. Te dwa pierwsze da się podnosić również pokonując Wrogów, co sprawia, że Magiczny Miecz można uznać za bardzo prymitywne, ale jednak planszowe RPG. Nie należy też zapomnieć o tym, że gracze mogą walczyć między sobą, powstrzymując się nawzajem przed osiągnięciem celu (którym nadal jest zabicie Bestii, a nie wszystkich pozostałych Postaci).
Oficjalnie ukazało się pięć dodatków do gry (Gród, Labirynt Magów, Jaskinia, Krypta Upiorów i Magia). Każdy z nich trochę zmienia jej oblicze i zwiększa możliwości dotarcia do Zamku Bestii albo uprzykrzenia życia przeciwnikom. Pamiętam, że podstawowa gra kosztowała jakieś 20 000-25 000zł, a każdy z dodatków mniej więcej 10 000. Dla porównania, za wersję podstawową wydawanej obecnie gry Talisman: Magia i Miecz należy zapłacić około 170zł. Czasy się zmieniają. Co ciekawe, Magiczny Miecz (zresztą tak samo jak stara Magia i Miecz) nadal żyje, wciąż powstają nowe dodatki autorskie, swoją ilością znacznie przewyższające ilość tych oficjalnych. Niektóre z nich są świetne, zarówno graficznie jak i pod względem pomysłów autorów. Swego czasu razem z dwoma znajomymi sam przygotowałem kilka nowych Kart. Świat gry jest więc bez przerwy rozbudowywany i pewnie będzie tak nadal, planszówka ciągle ma mnóstwo fanów. Jeśli chodzi o mnie, w pewnym stopniu sam do nich należę, głównie z powodu sentymentu, ale jednak. Nie gram w to za często (po części dlatego, że nie za bardzo mam z kim, choć nie tylko), jednak zawsze mile wspominam i pewnie będę wracał, nawet jeśli moje decyzje ograniczają się do niewielu rzeczy poza wyborem kierunku, w którym pójdzie moja Postać.
sobota, 24 grudnia 2011
#47 - Metody Marnowania Czasu #2: Runaway: A Road Adventure
Po zachwytach nad Machinarium i Sanitarium nadszedł czas na przygodówkę o wiele gorszą, co nie znaczy, że tragiczną. Można się przy niej nieźle zabawić, chociaż ilość wad, które przyjdzie mi wymienić, jest niestety spora. Planując tę recenzję doszedłem do wniosku, że właściwie przez cały tekst będę wymieniał to, co w pierwszej części Runaway nie przypadło mi do gustu, a na końcu stwierdzę, że mimo wszystko jest nieźle. Sam się sobie dziwię, ale to prawda, liczne słabe punkty gry nie odebrały mi przyjemności wynikającej z grania. Nie zniechęciły mnie też do sięgnięcia po kontynuację, która czeka gdzieś na półce, bo zarówno A Road Adventure jak i The Dream of the Turtle kupiłem za śmieszne pieniądze, obie przygodówki były dołączone do czasopisma reklamującego The Next Big Thing, najnowszą grę Pendulo Studios.
W Runaway kierujemy postacią Briana, studenta fizyki, który w drodze do biblioteki potrąca swoim samochodem Ginę (Gina to, zgodnie z opisem na pudełku z grą, "piękna dziewczyna"). Ofiara wypadku to jednocześnie świadek morderstwa jej ojca, do jakiego doszło chwilę wcześniej. Zanim ojciec Giny został zamordowany, dał jej krucyfiks, nie wyjaśniając, dlaczego jest aż tak ważny i czemu przestępcy tak bardzo chcą go dostać. Brian postanawia odwieźć Ginę do szpitala, mając świadomość, że nadal grozi jej niebezpieczeństwo. W szpitalu kontrolę nad jego poczynaniami przejmuje gracz.
Zagadki w Runaway mają dwie wady: czasem szwankuje w nich logika, zaś poziom trudności jest podnoszony w sztuczny i niepotrzebny sposób. Jeśli chodzi o logikę (w końcu przygodówki powinny być logiczne), na przykład w pierwszym rozdziale musimy obudzić leżącą w szpitalu Ginę, polewając ją wodą. Na stole widzimy szklankę, więc oczywiście bierzemy ją i udajemy się do łazienki. Tam okazuje się, że szklanka jest pęknięta i trzeba się spieszyć, żeby woda nie wyciekła. Wybiegamy z pomieszczenia, jednak zanim dotrzemy do łóżka, szklanka jest pusta. Nie da się dobiec do Giny na czas, trzeba kombinować jakoś inaczej. Za to jeśli napełnimy szklankę i będziemy chodzić po łazience, możemy robić to nawet przez parę minut (pewnie o wiele dłużej, ale nie chciało mi się sprawdzać), a woda nie wycieknie. Wycieka dopiero wtedy, gdy zbliżamy się do szpitalnego łóżka.
Są też inne dziwne zagadki, ale jeśli ktoś chce zagrać, nie chcę za dużo zdradzać. Co do sztucznego podnoszenia poziomu trudności, po pierwsze, wiele przedmiotów bardzo trudno dostrzec na ekranie, co nieraz jest straznie denerwujące, a po drugie, twórcy Runaway zastosowali pewny niezbyt wygodny patent. Otóż czasami nie możemy po prostu kazać Brianowi czegoś zabrać lub zrobić, ponieważ Brian jeszcze nie widzi w tym sensu. Dochodzi do sytuacji, kiedy gracz domyśla się rozwiązania, jednak nie może wykonać danej czynności, dopóki jakoś nie uświadomi Briana, że trzeba to zrobić. Co do zbierania przedmiotów, jesteśmy zmuszani do kilkukrotnego przeszukiwania tych samych miejsc, bo chociaż jakaś rzecz znajduje się gdzieś od samego początku, Brian w ogóle nie zwróci na nią uwagi, jeśli uważa, że nie jest mu do niczego potrzebna. Nie muszę chyba pisać, że to najbardziej irytujący (może poza słabo widocznymi przedmiotami) element Runaway.
Kolejną wadą są postacie występujące w grze. Nawet nie ich twarze czy to, jak się poruszają, gdy oglądamy przerywniki pomiędzy rozdziałami, ale fakt, że żaden z bohaterów drugoplanowych nie okazał się szczególnie godny zapamiętania, nawet pomimo tego, że niektórzy są bardzo nietypowi. Jeszcze gorzej wypada Gina. Co do Briana, na początku gry jest frajerem, ale wiadomo, że o to właśnie chodzi. Mamy doprowadzić do jego przemiany z grzecznego studenta fizyki w gościa, który dokopie przestępcom i odjedzie ku zachodzącemu słońcu z workiem pieniędzy i "piękną dziewczyną" na siedzeniu obok. Szkoda tylko, że fabuła w żaden sposób nie motywuje do pomagania "pięknej dziewczynie". Gina jest zupełnie pozbawiona osobowości, twórcy gry widzieli w niej chyba tylko dekorację z fajnymi cyckami. W pierwszym rozdziale dziewczyna śpi, w drugim spaceruje po muzeum, gdy Brian odwala całą brudną robotę, w trzecim zostaje porwana i siedzi przywiązana do krzesła, później leży ze złamaną nogą albo dochodzi do siebie. Przez prawie całą grę nie robi NIC, tylko siedzi lub leży i czeka na naszą pomoc. Faktycznie, dla takiej postaci warto się starać.
A teraz nadszedł moment na powtórzenie stwierdzenia z pierwszego akapitu: mimo wszystko jest nieźle. Naprawdę. W jednym czy dwóch miejscach natknąłem się na porównanie Runaway z serią Broken Sword, co jest oczywiście jakimś nieporozumieniem na niekorzyść tej pierwszej gry, ale i tak nie wyszło najgorzej, choć z poprzednich akapitów może wynikać coś zupełnie innego. To po prostu przygodówkowy odpowiednik czytadła na kibelek, jeśli gracz nie nastawi się na coś niesamowitego i zniesie wymienione przeze mnie wady, spędzi przy Runaway kilka całkiem przyjemnych momentów. Ciekawe, jak tam z drugą częścią, ale znając siebie, pewnie sprawdzę to za parę miesięcy.
czwartek, 22 grudnia 2011
#46 - Metody Marnowania Czasu #1: Sanitarium
Ostatnio myślałem o tym, żeby nadać moim recenzjom jakąś wspólną nazwę i w mojej głowie pojawiły się Metody Marnowania Czasu. Niech tak zostanie. Pod tym szyldem będę publikował teksty o wszystkim, co wpadło mi w ręce i jest moim zdaniem warte opisania (poza komiksami, o których piszę gdzie indziej), czyli o książkach, kreskówkach, różnego rodzaju grach, a czasem trafi się pewnie też coś o jakimś filmie lub o muzyce. Na początek Saniatrium.
Poza podobnymi nazwami, Sanitarium i Machinarium należą do tego samego gatunku gier, jednego z moich ulubionych. Są przygodówkami. Podobieństwa kończą się na tym, że obie są świetne. O ile nie ma żadnego problemu z tym, żeby w Machinarium, rysowaną ręcznie bajkę o robotach, zagrali najmłodsi (odstraszy ich najwyżej poziom trudności niektórych zagadek), Sanitarium to już zupełnie inny kaliber. To horror, autentycznie straszny i budzący przerażenie tym, czym horrory powinny je budzić - atmosferą, a nie wszechobecną przemocą czy wyskakującymi nagle zza rogu potworami. Przeraża sytuacja głównego bohatera, zwłaszcza jeśli gracz wyobrazi sobie, co musi czuć, kiedy przeżywa swoją dziwną przygodę.
Główny bohater Sanitarium nazywa się Max, ale na początku jeszcze o tym nie wie. Stracił pamięć. Ostatnie, co pamięta, to wypadek samochodowy. Budzi się z całą zabandażowaną twarzą w budynku, który kojarzy się jedynie ze szpitalem psychiatrycznym. Niedawno nastąpił wybuch reaktora, wokół panuje chaos, wygląda na to, że wkrótce wszystko zacznie płonąć, a większość pacjentów zniknęła, razem ze wszystkimi opiekunami. Zostało jedynie kilku, z którymi raczej nie ma sensu rozmawiać. Albo mówią jakieś dziwne rzeczy, albo stoją w miejscu i walą głową w ścianę, pokrywając ją kolejnymi plamami krwi. Max musi radzić sobie sam, choć nie ma pojęcia, kim jest ani co się dzieje.
Udaje mu się w końcu wydostać ze szpitala, jednak to dopiero początek dziwnych wydarzeń. Główny bohater Sanitarium przenosi się do Genet, miasta zamieszkanego wyłącznie przez dzieci. Każde dziecko jest ofiarą mutacji, niektóre mają dwie pary ust, inne używają zdeformowanych kończyn i tak dalej. Mimo wszystko dzieci są szczęśliwe, jakby nie zauważały, co się z nimi dzieje. Nie chcą wspominać o tym, gdzie podziali się dorośli, za to chętnie opowiadają o tajemniczej Matce, która postanowiła się nimi opiekować. Kolejna zagadka do rozwiązania, pomijając tę najbardziej oczywistą: jak właściwie tutaj trafiliśmy?
Gra podzielona jest na kilka rozdziałów. Żeby było ciekawiej, w niektórych zamiast Maxem kierujemy małą dziewczynką o imieniu Sarah, cyklopem Grimwallem lub azteckim bogiem Olmeciem. Na początku nie wiadomo, co te postacie mają wspólnego z naszym zabandażowanym bohaterem, który nie wie, czy zwariował, czy nie. Wszystko wyjaśnia się dopiero później. I choć poznanie odpowiedzi jest mniej zadowalające niż droga do niej, Sanitarium to wciąż świetna przygodówka, właściwie od początku do końca. Drobne wady są tak mało znaczące, że nawet nie warto ich wymieniać.
Gra naprawdę straszy i bardzo wciąga. Poza kilkoma wyjątkami, zagadki nie są specjalnie skomplikowane, ale ich rozwiązywanie daje sporo satysfakcji. Całość stoi na bardzo wysokim poziomie i nawet jeśli grafika zdążyła się już mocno zestarzeć, nie powinno to w niczym przeszkadzać. Głównym atutem Sanitarium jest świetna fabuła i atmosfera. Może nie jestem ekspertem, jeśli chodzi o przygodówki, ale te dwie rzeczy sprawiają, że jest to jedna z najlepszych tego rodzaju gier, jakie widziałem. Zdecydowanie polecam. Znalezienie jej nie powinno być trudne, pojawia się dosyć często choćby na Allegro.
niedziela, 4 grudnia 2011
#45 - Kofeina #7: komiksy
Siódmy numer Kofeiny do pobrania stąd, a w środku parę komiksów i tekstów o komiksach, za które bardzo dziękuję wszystkim autorom (mam nadzieję, że obyło się bez wpadek przy publikacji). Tym razem w numerze znalazły się historie obrazkowe od Ileany i Marii Surducan (wielkie dzięki dla Lagu i Lagu za wysłanie zaproszenia do zagranicznych autorek), Mei, wspomnianej przed chwilą Lagu i Lagu, Teda Brandta (zaproszonego przez Katarzynę Janotę) oraz Pszrena i Otu. Tekstami zajęli się Maciej Gierszewski oraz Marcin Zembrzuski, a Marcin Podolec dorzucił całkiem nową ilustrację do recenzji Kapitana Sheera. Jak wyszło?
Nie linkuję, szczerze mówiąc mam lenia. Jeśli ktoś pobierze PDF albo wejdzie na issuu, znajdzie informacje o autorach obok ich komiksów i tekstów. Zapraszam do czytania i do zobaczenia w Kofeinie #8.
środa, 23 listopada 2011
#44 - Więcej o Mikrofestivalu...
...czyli kopiuj-wklej ze strony Kofeiny:
26.listopada, tj w sobotę, od godziny mniej wiecej 14. na metrażach klubu 1500m do wynajęcia odbędzie się KOFEINA MIKROFESTYN.
WAŻNE: Bezpośrednio po Mikrofestynie, jego gości serdecznie zapraszamy na imprezę charytatywną na rzecz Fundacji Panoptykon – broniącej naszych wolności obywatelskich przed inwigilacją i represyjnymi formami nadzoru.
W planie występy znanych warszawskich DJów, pokazy filmów oraz prac artystów wizual...nych. Szczegółowe informacje tutaj: http://www.facebook.com/event.php?eid=127604164015059
MIKROFESTYN ma na celu, po pierwsze:
1. zaprezentowanie najnowszego numeru KOFEINY, wydanego niemalże w drugą rocznicę naszej działalności.
2. zainteresowanie ludzi zjawiskiem określanym z angielskiego mianem SELFPUBLISHINGU.
poprzez działania selfpublishingowe rozumiemy szeroko pojmowane wydawanie/prezentowanie własnej twórczości w formie:
a.zinów/książek
b.fotozinów
c.ubrań
d.rękodzieła
do tej pory sporą popularność zdobyły zwłaszcza dwie ostatnie kategorie. Ale są w Polsce ludzie, którzy selfpublishingiem zajmują się od dłuzszego lub krótszego czasu, w każdym razie oni ISTNIEJĄ. A są to między innymi:
(z zinów/fotozinow):
DEUS EX MACHINA
TRIUMF ZINE
ONE ZINE
MEI
poLE
GRUPA TRZYMAJĄCA PĘDZLE
ZACHÓD SŁOŃCA
WYPRAWA NA PUNKT G/LESSDAR/RIOTGRLZZ
OJCIEC RENE
FANTOMASOFOBIA
ŚCIERWO
KOFEINA
(wydawnictwa/distro):
WAŻKA PRESS
BRUDBOOKS
PAPIERY.ORG
(ubrania/crafts):
MITU MITU
HAZZ
DER.DIE.DAS
ZWEI FRAUEN
HALLO KIKA
GAGANI
WYGLĄDASZ JAK CHŁOPAK
BELLE
JUSTIN I LOVE U
jeśli chodzi o formę tej prezentacji-od godzin popołudniowych rozstawione zostaną kramy/stoiska/stoliki, dla każdego selfpublishera po jednym. Na tymże kramie/stoisku/stoliku będzie on/ona mógł rozłożyć swoje ziny, ubrania, biżuterię. Ludzie, którzy zdecydują się przyjść będą mogli oglądać, rozmawiać, dowiadywać się o co w ogóle chodzi, a także kupować. Stoiska są oczywiście darmowe. Poza 'osobistymi' stołami, będzie też jeden, który roboczo nazwaliśmy biblioteczką zinów, na którym to znajdą się publikacje nie na sprzedaż, po jednej czy dwie sztuce, jakieś stare ziny albo ziny, których autorzy nie chcą sprzedawać-ale chętnie pokażą odwiedzającym.
W okolicach godziny 17. na ścianę z rzutnika zostanie zapodana prezentacja z najnowszą KOFEINĄ.Redakcja opowie o nowym numerze, o zinie, o nas jako artystach w swoich dziedzinach. Być może odpowiemy na jakieś pytania. Będzie to trwało mniej więcej do 17.30. Do tego czasu jesteśmy służbowo, rozdajemy autografy, rozmawiamy z ludźmi, namawiamy ich do współpracy i pokazywania KOF znajomym. Po tej godzinie zapraszamy na NOC PANOPYTKONU:
https://www.facebook.com/event.php?eid=127604164015059
UWAGA-JEŚLI JESTEŚ ZAINTERESOWANY WYSTAWIENIEM SWOICH RZECZY, PISZ!
wjazd: free
fee za stoisko dla designerów: 50zł
kofeina.zin@gmail.com
poniedziałek, 21 listopada 2011
#43 - Mikrofestival
sobota, 22 października 2011
#42 - Czego nie znajdziecie w trzecim numerze Kwartalnika
Zdziwiłem się, widząc w Internecie trzeci numer Kwartalnika. Zdziwiłem się jeszcze bardziej, nie widząc w środku opowiadania, które miało się tam znaleźć. Aha. Dobrze wiedzieć.
PS. Fajna okładka Daniela Grzeszkiewicza.
czwartek, 13 października 2011
#41 - Po MFK: Ścierwo #1
niedziela, 9 października 2011
#40 - Po MFK: Deus ex Machina #2
Kolejna z łódzkich premier to drugi numer Deus ex Machina. Z nazwy zin, z wyglądu w pełni profesjonalny (a także sponsorowany) magazyn komiksowy. Chociaż nie do końca komiksowy. Nadal przeważają ilustracje i nawet jeśli ktoś zrobił komiks, najczęściej są to historie z kilkoma kadrami, z których każdy zajmuje całą stronę. Tylko Martyna Kowalczyk, Szymon Kaźmierczak i Jakub Kiyuc przygotowali "normalne" opowieści obrazkowe. Ale to i tak uwaga bardziej do autorów, niż do redaktorek Deusa, no i kto powiedział, że zamieszczone tam komiksy mają wyglądać tak, jak chciałbym, żeby wyglądały?
Co do numeru, jest zajebisty. Poza korektą. Niestety korektą mojego wywiadu z postacią, którą widać poniżej. Zamiast poprawić, raczej utrudniono czytelnikowi zrozumienie kilku zdań, usunięto parę przecinków z miejsc, gdzie moim skromnym zdaniem powinny zostać... ale było, minęło. Nie narzekam, bardzo się cieszę, że moje nazwisko ponownie znalazło się w tym zinie. W następnym numerze ma być lepiej. Znajdziecie tam też komiks narysowany przez Mei do mojego scenariusza, który został przesunięty właśnie do Deus ex Machina #3.
piątek, 7 października 2011
#39 - Po MFK: 1 zine - 1 ręka
Wieczorem 2 października wróciłem z MFK w Łodzi, poszedłem spać, a rano czekała mnie praca. Do tej pory nie udało mi się do końca ochłonąć po pełnych wrażeń piątku, sobocie i niedzieli, powoli zabieram się za czytanie masy przywiezionych rzeczy i powoli składam raporty, co tam u mnie.
Drugi numer 1 zine miał swoją premierę właśnie na Międzynarodowym Festiwalu Komiksu i Gier. W środku znalazło się moje opowiadanie, Powroty z pracy nie muszą być nudne. Pierwsze pisane z myślą o zadanym przez kogoś temacie, jedno z pierwszych opublikowanych na papierze, który mimo wszystko ciągle istnieje. Cieszę się, zresztą jak zawsze przy podobnych okazjach. Rozeszło się tego trochę, ale może da się jeszcze dostać egzemplarz u Marty.
Najpopularniejsze wpisy
-
Z góry zaznaczam, że dzisiaj nie napiszę tu żadnych odkrywczych ani ciekawych rzeczy. Planescape: Torment jest grą starą, znaną i (przynajm...
-
Niedawno pisałem o grze planszowej Magiczny Miecz , a dzisiaj będzie o Talismanie , w polskiej wersji opatrzonym dopiskiem nawiązującym do s...
-
Little Big Adventure to jedna z najbardziej genialnych gier komputerowych, w jakie miałem przyjemność grać. Zetknąłem się z nią po raz pier...
-
Gry komputerowe to rozrywka, której od ładnych paru lat świadomie nie poświęcam zbyt wielkiej ilości wolnego czasu. Wolę czytać. Bywa jednak...
-
O Tylerze i jego kawałku Yonkers pisałem w kwietniu. Od tego czasu zdążyłem przesłuchać obie płyty autora, debiutancką Bastard oraz najno...
-
W pierwszych latach podstawówki graliśmy w Magiczny Miecz co najmniej raz w tygodniu, czasami dużo częściej. Po lekcjach, na szkolnej świet...
-
Publikowałem tutaj odcinki Donikąd przez ponad 7 lat. W międzyczasie założyłem stronę Donikąd Komiks na Facebooku, przez co paski bard...
-
Nie wiem, ilu z Was ma wspomnienia podobne do moich, ale Tajemnicze Złote Miasta są najlepszą kreskówką, jaką oglądałem w dzieciństwie. Mia...
-
Donikąd - komiksowy dziennik prowadzony od 13 sierpnia 2012 roku | Archiwum: [początek] | 2012 [sierpień] [wrzesień] [październik] [lis...
-
Trochę ponad rok temu pisałem o Legendary , że dobre, ale... i te główne ale potrafiły całkiem nieźle mnie od tej gry odstraszyć. Prawdę m...
